Welcome to Chitwan National Park!
Ostatnio pojechałam tam po raz drugi – tym razem z Olą, która przybyła z Bangladeszu. Wcześniej z moją Mamą w październiku. W lutym z mojego polecenia pojechała tam Agata z bratem. „Come as a guest, depart as a friend” – słynne motto dobrze oddające charakter nepalskiej gościnności, która przeniosła się do branży turystycznej. Tym razem wracałam więc jako przyjaciel, nie jako gość, ze wszystkimi honorami. Nie tyle do Parku Narodowego Chitwan, co do ośrodka Chitwan Gaida Lodge, który jest czymś więcej niż hotelem, ośrodkiem wczasowym z restauracją. Już tam mamy wrażenie, że jesteśmy w Parku Narodowym. Mieszkamy w bungalowach, w otoczeniu bananowców i innych drzew i roślin, dokładnie oznaczonych niczym w żyjącym ogrodzie botanicznym. Jemy także w ogrodzie przy stoliczkach z parasolami.
Jednak przygodę w Chitwanie zaczynamy, gdy jeep podjeżdża, by odebrać nas z dworca autobusowego. Podwozi nas pod sam ogród, tak że już po przejściu 5 metrów możemy spocząć w hamaku lub na leżaku i napić się drinka powitalnego, który nie jest niczym więcej niż dobrze schłodzonym napojem pomarańczowym. Gdy odpoczniemy zaopiekuje się nami czarująco taktowny i skromny Pan Menadżer potrafiący jak nikt inny w jednej chwili zorientować się, z kim ma do czynienia. Zaproponuje nam program rozrywek na cały pobyt i wtedy nikt nawet nie podejrzewa, że będzie to oznaczać dyskretną opiekę 24 godziny na dobę, a nasze problemy przez te 2-3 dni będą się sprowadzać do wyboru dań z menu.
A rozrywek do wyboru mamy co nie miara. Każdy wyjedzie zadowolony: i zmęczony miastem wczasowicz, który wybierze przejażdżkę na słoniu czy wycieczkę rowerową i miłośnik przyrody, który jest gotowy 12 godzin spędzić w puszczy na tropieniu tygrysa i obserwacji ptaków (patrz: moja Mama). Nie myślcie jednak, że Chitwan nie zmienia ludzi. Nepalscy eksperci od turystyki (którzy rzemiosła uczyli się co ciekawe jedynie metodą prób i błędów), są w stanie zainteresować obserwacją ptaków nawet najbardziej zatwardziałego mieszczucha, nie mówiąc już o wspaniale zorganizowanym ‘mrożącym krew w żyłach’ tropieniu tygrysach, które przywodzi na myśl cyrkowe wyczyny – niby wiesz, że to niebezpieczne i przerażające, ale też wiadomo, że nic się nie stanie i zakończymy dzień uśmiechem satysfakcji, że tygrys nas nie zjadł (choć było blisko!)
I kiedy zmęczone kilkoma godzinami na rowerze wróciłyśmy z Olą z przejażdżki, oczywiście spoczęłyśmy w hamaku. Naturalną koleją rzeczy zaraz pojawił się Pan Menadżer upewnić się, czy nam się podobało i czy....nie zaprowadzić naszych rowerów do wypożyczalni. No jakże mogłybyśmy to zrobić same. Zaraz znalazł się jakiś pracownik ośrodka, który z uśmiechem na twarzy zajął się rowerami, żebyśmy mogły popijać colę, kołysać się w hamaku i żartować z Panem Menadżerem, który czarował nas dowcipami i komplementami.
Jak z rzeki pełnej krokodyli i ptaków o tak długich, że aż niewymawialnych nazwach można zrobić turystyczny hit? Jak można sprawić, że moja Mama, która przyjechała tam zobaczyć tygrysa, jednak się cieszyła, że po wielogodzinnej przeprawie przez chaszcze jednak go nie spotkała? Jak ze sztucznej przecież gościnności można stworzyć prawdziwą? (W końcu gdy wracałam po pół roku wszyscy pracownicy mnie pamiętali;) Pewnie nie jeden kraj mógłby się od nepalskich ekspertów wiele nauczyć!
![]() |
| Pan Menadżer nazwany przez nas Panem Romantykiem |
P.S. Ogłaszam przy okazji, że znikam na 2 tygodnie, by tropić tym razem nie tygrysa, ale komunistów w Kalkucie i okolicach!







