niedziela, 18 stycznia 2015

Znajdując Boga w raju

Legenda głosi, że bóg powiedział plemionom Khasi, że może spełnić jedną ich prośbę i nakazał, żeby się zastanowili, czego pragną. Khasi po namyśle poprosili boga, żeby każdy rodził się z pragnieniem bycia człowiekiem uczciwym.

To stara legenda, pochodząca z czasów o wiele dawniejszych niż XIX wiek, kiedy do Meghalaji dotarli chrześcijańscy misjonarze. Dziś w górach Khasi wiele jest kościółków i kapliczek. Ma je każda wioska. Na chrześcijaństwo przeszło 80 procent społeczeństwa. Dawna etyka wymieszała się z chrześcijańskimi nakazami, by traktować bliźniego swego, jak siebie samego, czynić dobro i widzieć boga w każdym człowieku. I tak ukształtowało się jedno z najbardziej niesamowitych społeczeństw, z jakim się zetknęłam.

Drugiego dnia w Meghalaji wybrałam się na pieszą wycieczkę do jaskini Arwah. Przy wejściu rodzina z Śillongu (czyli stolicy stanu) zaproponowała mi, że tutaj jest taki miejscowy chłopiec, który nas oprowadzi i zabierze głęboko do środka. Chłopiec krążył w ciemnościach z latarką pokazując skamieliny na ścianach i stalaktyty. Po pół godzinie dotarliśmy do wyjścia. Pytam, co było dla mnie w zupełności normalne, ile mam zapłacić za tę usługę. On mówi mi, że nic nie chce. Nic? Dziwię się. – Robię to dla przyjemności. Po szkole. Patrzę na niego zdumiona. Jeszcze nie wiedziałam, że to była to tylko namiastka tego, co tutaj nawet nie nazywa się gościnnością. To jest coś, co jest. Tak naturalne, jak powietrze.

To w Meghalaji pierwszy raz łapałam stopa w Indiach. Za każdym razem nikt nawet nie myślał, że może żądać ode mnie pieniędzy. Wytańczyłam się na wiejskich potańcówkach sylwestrowych. Nigdy nie czułam się bardziej bezpiecznie. Nikt mnie nie zamęczał pytaniami, skąd jestem i ile zarabia mój mąż/ojciec (normalne w tzw. Indiach właściwych).

Najbardziej zapamiętam jednak kolację w osadzie Nongriat, gdzie zatrzymałam się w czymś, co nazwalibyśmy kwaterą w górach, a oni nazywali ‘homestay’. Nocleg i wyżywienie za grosze. Było nas tam tej nocy 9 osób, w tym 6 Indusów z południa kraju. Wieczorem, po całym dniu wędrowania do górach, pan gospodarz usadził nas przy dużym stole, który zajmował prawie całą główną izbę w jego maleńkim domu. Z kapliczki spoglądał na nas Jezus. Czekaliśmy z niecierpliwością. Pachniało wspaniale. Gospodarz - mały, chudziutki człowiek z szerokim uśmiechem - przyniósł gar ryżu, miskę zupki z soczewicy i curry z kalafiora. Gotowe! – powiedział patrząc na nas głodnych z radością. Zanurzyliśmy palce w ciepłym ryżu. Chrystusowe zdanie „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy” nigdy nie wydawało mi się tak realne, jak tam.



Ciężarówka wyjątkowo, jak na Indie, nie z wizerunkami hinduskich bogów, ale z Jezusem.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Kilka chwil w raju

- Nie mogę znaleźć słowa po angielsku, żeby to opisać.
- Ja też nie - odpowiedział mi Anglik, z którym wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani w zalaną pomarańczowo-różowym światłem zachodzącego słońca zielona dolinę, daleko w górach południowej Meghalaji.

Więc milczeliśmy ze łzami w oczach, oszołomieni pięknem. Drugi raz w życiu, od czasu trekkingu w Nepalu, przeżyłam i widziałam coś, czego wiem, że nie potrafię opisać.

Indie kojarzą się ze słońcem, palmami, morzem, pałacami i żebrakami, hałasem miast i spokojem plaży. W Meghalaji nie ma nic z tego. To jeden z siedmiu małych stanów północno-wschodnich Indii, wciśnięty miedzy rozległe rozlewisko Brahmaputry w Asamie i równiny Bangladeszu na południu. To także najbardziej wilgotne miejsce na Ziemi, czemu zawdzięcza swój magicznie zielony kolor. Meghalaja to wzgórza i głębokie doliny, jeziora przypominające fiordy. Chłodny wiatr z północy i tropikalne, wilgotne powietrze z południa. I kościoły. Setki kościółków - 80% mieszkańców to chrześcijanie nawróceni z animistycznych wierzeń, które spajały społeczeństwo Khasi zanim dotarł tu ktokolwiek z zewnątrz.

Jeśli jest coś, co najlepiej symbolizuje to miejsce to żywe mosty z korzeni drzew, powszechne w tutejszych górach. Zbudowanie ich zajeło ludziom lata, nawet setki lat. Powstały bowiem przez powolne kształtowanie i łączenie korzeni z dwóch stron rwacych potokow aż tworzyły one stabilna przeprawe.W tych ludziach wciąż jest cierpliwość, spokój, poczucie symbiozy z naturą, które kazalo im stworzyć te niesamowite konstrukcje. Jest tez glębokie przekonanie, że mieszkają w raju. Gdy wracałam z dwudniowej wędrówki po górach, złapałam stopa. Pan kierowca zapytał mnie, jak mi się podoba w Meghalaji. - Jest cudownie - wykrzyknąłem. - Meghalaja to najpiękniejsze miejsce na Ziemi - odpowiedział. Zapytałam wiec, czy często bywa w tzw. Indiach właściwych. - Czasem jadę do Sillongu (stolica Meghalaji), jak muszę. No tak, to my Europejczycy żyjemy w ciągłej obsesji porównywania. Tworzymy rankingi i wciaz szukamy czegoś lepszego. Ale cóż, to pewnie przywilej ludzi mieszkających w raju, że nie musza go do niczego porównywać. Jechaliśmy w milczeniu. Kontemplując piękno i spokój krajobrazu.

Długo myślałam, jak ujac w słowa to, co przeżyłam na tym końcu świata. Bo kiedy leży się na rozgrzanym kamieniu po kąpieli w turkusowej wodzie potoku, patrząc na tworzące sie wokół wodospadu tęcze, wydaje się, że jedyne uczucie, które jest możliwe do opisania to poczucie ogromnego daru możliwości uczestnictwa w wieczności tego raju.






niedziela, 14 grudnia 2014

Szukając innych końców świata


„Jeśli zdecydujesz się przyjechać do Dźharkhandu, będziesz najpewniej jedynym zagranicznym turystą w tym regionie”. „Jeśli jesteś naprawdę poważnie zainteresowany, możesz wybrać to miejsce na cel swojej podróży”. Tyle przewodnik Lonely Planet, który od lat sprzedaje ludziom marzenia przekonując, że każdy może być ‘podróżnikiem’, a prowadzi ich do 10 najbardziej popularnych miejsc, gdzie można bez ryzyka i specjalnych problemów zaspokoić swoje aspiracje. O wschodnich Indiach nie ma szczególnie wiele do powiedzenia. To znaczy, że trzeba je samemu odkrywać.


Kiedy cztery lata temu dotarłam do Kuakaty w środku rozległej delty Gangesu u wybrzeży Zatoki Bengalskiej, poczułam ulgę, że są jeszcze miejsca, które można odkryć, a nie tylko do nich pojechać. Oczekiwań nie miałam żadnych. Chciałam tylko sprawdzić, co jest na końcu tego długiego rachitycznego cypelka widniejącego na mapie. Podobnie wybierając się do Bisznupuru, gdzie oprócz zwiedzania starych świątyń (Europejczyka nie widziano tam chyba od czasu wyjścia Brytyjczyków z Indii), przeżyłam tropikalną burzę, przed którą skryłam się w zakładzie naprawy motorów (nie miałam czasu zadać sobie pytania, czy to bezpieczne, bo nie mogłam się utrzymać na nogach z powodu porywistego wiatru). Jedyne co łączyło mnie ze światem na tamtym końcu świata, to fakt, że ku mojemu rozbawieniu mechanik rozprawiał z klientami całkiem na poważnie o tym, czy Osama bin Laden naprawdę nie żyje, czy to tylko kolejny fortel Amerykanów.

Teraz przekonam się, czy istnieją jeszcze inne ‘końce świata’ – w podróży po czterech stanach Indii wciąż widniejących na mojej (dziś już krótkiej) liście regionów, których nie odwiedziłam. W podróży obejmującej, jak twierdzi mapa, około 6 tysięcy kilometrów.

Pierwsza zasada odkrywania mówi, że nie można spodziewać się dużo. Nie konkretnych obrazów na pewno. Raczej emocji: niepewności, poczucia niesamowitości, albo wręcz przeciwnie – zaskakującej zwyczajności. Czasem surrealistycznego niezrozumienia. Czasem irracjonalnej irytacji na coś, na co nie mamy przecież prawa się złościć - jesteśmy tu tylko przejazdem. Czekam na to wszystko.  A z tak zwanych konkretów w planach jest wieś w Dźarkhandzie, hinduskie świątynie w Orisie, żywe mosty z korzeni drzew w Meghalaji i eksplorowanie assamskiego rękodzieła w Guwahati. Co tam jest? Wszystkich „naprawdę poważnie zainteresowanych” zapraszam za pierwszą blogową relację, pewnie za 2 tygodnie.

Wioska gdzieś na granicy Dźarkhandu i Bengalu Zachodniego. Zdjęcie z mojej ulubionej trasy pociągiem Delhi-Kalkuta, 2006 r.

wtorek, 25 grudnia 2012

Do IT in Bombay!


Kiedy ostatni raz robiliście coś po raz pierwszy w życiu?  Wczoraj, przedwczoraj, w sumie też przed przedwczoraj. Nie każdy może odpowiedzieć podobnie jak ja, ale też nie wszędzie pewnie jest tyle okazji, by zrobić coś pierwszy raz, jak w Bombaju. Od lodów z zielonego chili po błysk reflektorów na krykietowym stadionie. Od eksplorowania bombajskiego zagłębia graffiti po multireligijny ślub i wesele.

W sumie nie wiadomo od czego zacząć... od bazarków ze świątecznym kiczem? Oglądania budowania ulicznych szopek w chrześcijańskiej dzielnicy Bandra? Gdzie zaraz obok brodaty muzułmanin sprzedaje latawce. A może od dudniącego przez wiele godzin zawołania kibiców: India jitega, jitega, jitega! o, India jitega (Indie zwyciężą!). Może wreszcie od świątecznego karpia w wersji tutejszej, czyli pysznej bombajskiej rybki bombil fry?

Nie mogąc znaleźć logiki w tej plątaninie emocji i magicznym chaosie tego miasta, pokusiłam się wiec o TOP5:
1. Graffiti na Bandrze: spacer po małych uliczkach chrześcijańskiej dzielnicy był bardzo zaskakujący!

2. Party: Russian style - elitarność łączyła się z plebejskością podczas mojej najbardziej imprezowej nocy w Indiach. Rosyjska, wydekoltowana sukienka z czerwonymi cekinami (zasobna szafa Gosi) zrobiła furorę w pociągu lokalnym, ale po wejściu do wypasionego klubu okazało się, ze swoim strojem wcale się nie wyróżniam!
3. Naładowany emocjami tłum na stadionie Wankhede, kiedy Anglia potrzebowała 3 punktów do zdobycia z ostatniej piłki, a ku zaskoczeniu wszystkich zdobyła prawie nieosiągalna 6kę! Piękny mecz - wszyscy czuliśmy się zwycięzcami!
4. Indyjski zaratusztrianin (parsi) żenił się z litewską poganką w barwnej uroczystości ślubnej w Wedding Palace z czerwonym dywanem, czyli drogie sari, eleganckie suknie, dobre jedzenie i najpiękniejsze męskie nosy w Indiach - wszystko w jednym miejscu :)

5. Lekcja salsy!!! Gosia chodzi na salsę, wiec mnie zabrała: było 12 mężczyzn i my 2, plus intstruktor. Przez te 1,5 godziny byliśmy gdzieś na Kubie albo w innym egzotycznym kraju, zasłuchani w latynoskie rytmy kręciliśmy się na parkiecie na 10 pietrze bombajskiego wieżowca.

I coś bez czego Bombaj nie byłby Bombajem: podróż lokalnym pociągiem, gdzie wejście i wyjście graniczy z cudem. Tak, to dziwne miasto. Bardzo dziwne. Tak bardzo, bardzo, że wiem, że jeśli dane mi będzie tu wrócić,  zawsze będzie to ten kolejny pierwszy raz!

scena z mojego ukochanego bollywoodzkiego filmu "Mughal-e-Azaam": piękna tancerka Anarkali i książę Salim w romansie niemożliwym - pierwszy wielki film indyjskiego kina!


środa, 19 grudnia 2012

All about cricket

Gdy postawilam swoją stopę na bazarze sportowym pod placem Esplanade w Kalkucie nie wiedzialam jeszcze, co mnie czeka. Weszlam niepewnie do tego męskiego swiata wypelnionego koszulkami Barcelony, rakietkami do badmintona (indyjska badmintonistka zdobyla brązowy medal na ostatnich Igrzyskach), wiszącymi nad glowami kaskami do krykieta.

W sumie nie mialam pojęcia, jak zacząc, ale jakos trzeba bylo, wiec postawilam na postawę: Profesjonalista.
- Planuję kupic duzo sprzętu. - powiedzialam. Pan przyniosl mi stoleczek, drugi pobiegl po herbate, a ja niczym księgowy manager wyjęlam notes . - Ale najpiew spiszę sobie ceny. 
Wyciagnęlam listę sprzetu i zaczęlo się. Panowie potraktowali mnie calkiem poważnie, może wyglądalam poważnie. Prezentowali mi kije różnej klasy, w różnych kolorach i z różnych materialów. Ja patrzylam okiem znawcy, którym nie bylam. Po chwili zagubienia orientowalam sie, że kupowanie sprzętu do krykieta nie różni sie zasadniczo od wizyty w sklepie z sari.Pokazują ci te materialy, opowiadają o wzorach, najnowszych trendach, stylach i jakosci, a przecież żaden normalny Europejczyk nie jest w stanie odróżnic czystego jedwabiu od mieszanki. Plątalam się więc w zeznaniach - udawanie, że znam się na markach slabo mi szlo. Co wiecej, zorientowalam sie po chwili, ze nie znam kluczowego slowka po angielsku. Wierzba. Jak jest wierzba. Z wierzbowego drewna są te kije przecież! Uff, jakos przeżylam.

Do kolejnego sklepu wchodzilam już z większa swobodą. Aż wreszcie wylądowalam w sklepie Reeboka na eleganckiej i drogiej Camac Street. Oddzwierny otworzyl szklane wrota ekskluzywnego sklepu a Pan Sprzedawca powital kalkuckim: Good morning, Madame! I niczym w sklepie z sari zaproponowal mi piękny kij oklejony różowymi dodatkami. Idealny dla Pani. Mamy tez fioletowy i zielony. Wyjmowal i pokazywal kolejne okazy. Juz mialam na koncu jezyka, by powiedziec: to dla mojego męża nie dla mnie (kto nie slyszal jeszcze historyjek o moich mężach wymyslanych na potrzeby bezpieczenstwa w Indiach, niech żaluje), ale powtrzymalam sie i powiedzialam: To dla mojego brata. Pan poszedl na zaplecze i wrócil z pięknym kawalkiem deski. Pięknym. Oczy mi się zaswiecily.
- To nie z kaszmirskiej a z anglielskiej wierzby, Madame. 15 tysiecy rupii.

900 zl!!! Blask moich oczu zgasl. Czulam sie jak indyjska panna mloda, ktorej nie stac na haftowane zlotem slubne sari z Benaresu. No nic, ale po ten rożowy kij wrocę. Może po zielony. Mam jeszcze trochę czasu na decyzję. A tymczasem jadę do Bombaju, gdzie idę z Gosia na mecz Indie-Anglia. Krykietowy mecz oczywiscie!

piątek, 14 grudnia 2012

Opowieść warta 50 pajs

Moja podróż w pięknie podniosłym tego słowa znaczeniu zaczęła się na lotnisku w stolicy Kataru, kiedy miałam wreszcie wsiąść do samolotu do Kalkuty. Zanim otwarto bramkę, przed 'gate 15' kłębiły się tłumy przepychające sie w wąskich korytarzach stworzonych przez taśmy mające ułatwiać formowanie sie kolejki. Bengalczykom tylko utrudniały walkę o pierwsze miejsce do okienka, co nie miało przecież żadnego znaczenia.

Wśród znajomych twarzy bengalskich rzuciła mi się w oczy jedyna twarz 'obca'. Jakis wiekowy Europejczyk leci do Kalkuty...ciekawe. Przeznaczenie jednak chcialo, żebym usłyszała jego historię, bo podczas odprawy, jego w Berlinie, a mojej w Warszawie, w samolocie do Kalkuty przyznano nam miejsca obok siebie.Wdałam sie jednak najpierw w pogawędkę z młodym Bengalczykiem, marynarzem wracającym z rejsu po Pacyfiku (!), ktory tak nawijał po bengalsku z kolegami z przodu, że nie moglam sie powstrzymac, żeby się nie przyłączyc. Po chwili rozdano karty imigracyjne i siedzący po mojej prawicy starszy pan stwierdził: Ja chyba tego nie wypełniam!. Musisz - powiedział Bengalczyk z zapałem gospodarza i zarządcy. Ale ja jestem Hindusem! Nagle spojrzałam sie na tego 'Europejczyka' tak, jak patrzono na mnie zawsze w Kalkucie: ona jest biała, wiec nie może być Hinduską.

ów wiekowy towarzysz mojej podroży okazał sie byc Anglo-Indusem czy też precyzyjnie Euro-Azjatą, wynalazkiem czasów kolonialnych. Jego ojciec był Portugalczykiem, matka pół-Portugalką pół-Hinduską. Ich przodkowie wyjechali z pogrążonej I wojna światową Europy do Indii, a ich dzieci i wnuki podzieliły w 1947 roku los innych 'mieszańców' jak obraźliwie ich nazywano, obywateli niechcianych w ich własnym kraju. Czytałam kiedyś, że mówiono o nich 'półrupiówki', czyli nie do końca Indusi.

Ale nie o tym gawędziłam przez 4 godziny z moim towarzyszem. Rozmawialiśmy o naszych ulubionych sklepach ze słodyczami, o jezuickich szkołach w Kalkucie lat '50 i '60. Opowiadał o świecie, którego już nie ma: o tym, jak jeździł powozem konnym do szkoły, jak chodził z rodzicami ogladać ołtarze podczas hinduskim świąt. Oboje z nostalgią opiewaliśmy świetność kalkuckich tramwajów, które są w trakcie modernizacji i pewnie kiedys znikną na zawsze. Naszą melancholijną podróz przerwało mi wspomnienie słów Agaty, której zaproponowałam, żeby napisała pracę dyplomową o Anglo-Indusach: To takie malo aktualne, bez przyszłości! Gdy przytoczyłam je mojemu towarzyszowi odparł smutno: Tak, wymieramy. Kto mógł, zasymilował sią tam, gdzie mieszka, i w sumie nas już nie ma.

Gdy wylądowaliśmy, powiedział: Cóż! Wesołych świąt!
 - Dziękuję - odparłam i po chwili zrozumiałam swój nietakt. - Przepraszam, ja też mogę przecież Panu życzyć wesołych świąt!
- Tak, ja jestem chrześcijaninem, portugalskim katolikiem. Ale też być może ostatnim żyjącym chrześcijaninem hinduistą.
Uśmiechnęłam sią. Nie, na pewno nie ostatnim. Bo kto powiedział, że wraz z Anglo-Indusami wymiera grupa ludzi, którzy są nie do końca stąd ani stamtąd. Półrupiówki. A pół rupii to przecież cale 50 pajs. Pudełko zapałek, cukierek ze słoja w sklepiku na rogu.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Powracam!

Samotna Pasażerka powraca z filmie „W 4 tygodnie dookoła Indii”. Jak bogowie pozwolą, to pokonam trasę prawie 6 tysięcy kilometrów...pociągiem! Przygotowuję się na hektolitry ćaju, jajka na twardo na gazecie, prażony ryż dmuchany, płaczące dzieci, modlących się muzułmanów, opóźnienia do 10 godzin i targowanie się z rykszarzami na dworcu. To będzie wspaniała podróż na trasie: Kalkuta-Bombaj-Kochi-Mysore-Bangalore-Kalkuta.


Każdy kolejny dzień tam spędzony przybliża mnie do przekonania, że ja już tam nie jeżdżę, a wracam. Lubię tę perspektywę, w końcu zawsze chciałam wiedzieć o Nich jak najwięcej i kiedy czuję się tam jak w domu, mam głęboką satysfakcję osiągniętego celu. Ale ta perspektywa  po cichu mnie też przeraża....czy to znaczy, że już nic tam mnie nigdy nie zaskoczy? Czy już niczego mnie ten świat nie nauczy? Nie....chcę wierzyć, że będę odkrywać ten mój Koniec Świata całe życie i zawsze będzie jeszcze coś ciekawego do opowiedzenia. Inaczej musiałabym znaleźć sobie inne miejsce na ziemi, żeby móc wciąż mówić jak Albert Camus: „Zawsze miałem poczucie, że żyję na najwyższej fali, zagrożony, lecz wypełniony prawdziwym szczęściem.”

sobota, 14 stycznia 2012

Po tej stronie

Dzisiaj wróciła Gosia bombajska. Nie, nie wróciła. Przyjechała, na 2 miesiące, do tego starego świata. Widziałam ją ostatni raz rok temu w Bombaju. Byłyśmy po tamtej stronie, tej samej stronie, w naszym świecie południowoazjatyckim. Pachnącym kurkumą i ściekami, cynamonem i gnijącymi śmieciami. Rozbrzmiewającym hitami bollywoodzkimi i tumultem klaksonów.

Minęło pół roku odkąd wróciłam. Nie lubię dat i liczenia dni. Ale przyjazd Gosi jest cenzurą pewniejszą niż wyrwane kartki z kalendarza. Bo oto ona przyjeżdża, a nie ja. Jutro zapyta mnie, co u mnie, a ja będę musiała coś odpowiedzieć. I nie będę mogła opowiedzieć anegdotki z Katmandu, mrożącej krew w żyłach historii z Kalkuty czy dowcipu z Bangladeszu. Będę musiała odpowiedzieć, co u mnie, co w tym świecie, naszym starym świecie, który stał się moim nowym światem po powrocie.

Patrzę na dokładnie zapełnione kartki kalendarza. Coś się działo, coś się dzieje. Czyli żyję. Czyli coś robię. Dużo. Dobrze. Tak trzeba. Nie muszę się wstydzić. Nie mogę sobie nic zarzucić.

Ludzie lubią pytać tych, którzy wracają: "Jak było?". Tak jakby tylko ten czas poza naszym światem podlegał ocenie i refleksji. Zawsze miałam ochotę odwrócić pytanie: "A co u ciebie?". Bo przecież pozostawanie w jednym miejscu nie znosi z nikogo obowiązku życia i myślenia o życiu. Dzisiaj odkryłam, że chciałabym, abym bez względu na to gdzie spędziłam ostatnie pół roku, zawsze miała coś ciekawego do powiedzenia.

środa, 30 listopada 2011

Epilog

Miałam nic tu nigdy więcej nie napisać. I może nikt w rezultacie tego wpisu nie przeczyta, oprócz przypadkowych wędrowców po wirtualnym świecie.

Zrobiłam dziś ryż z soczewicą. Zieloną. Podobno jest najzdrowsza – mówili mi Tam. Patrzyłam na te piękne białe ziarenka i zielone połówki soczewicy, w kuchni unosił się aromat prawdziwego obiadu. Jakbym od 5 miesięcy nic nie jadła, głodna zanurzyłam palce w ryżu.

Od 5 miesięcy pytają mnie wszyscy czy tęsknię, czy pojadę tam jeszcze. Mówię, że nie. Ale niezmiennie używając czasownika ‘wracać’ a nie ‘jechać’. Nie potrafię inaczej.

Patrzę na zieloną soczewicę. Jest jeszcze czarna i żółta. Żółta to taka typowo bengalska. Czarną jadło się w zimę w Nepalu. Zastanawiam się, czy patrzeć się na nią czy jeść. Tyle trzeba było miesięcy, żeby znów się spotkały te moje dwa światy. Bardzo chciałam je oddzielić, nie myśleć o Tam będąc Tu i na odwrót. I to, co poczułam, to chyba nie tęsknota, ale ulga, że odważyłam się przez chwilę chociaż być znów w nich obu. Że przyznałam przed samą sobą...że soczewica z ryżem nigdzie tak nie smakuje, jak w Polsce, a kawa po wiedeńsku nigdzie tak dobrze, jak w Kalkucie.

środa, 29 czerwca 2011

Udało się!






Kończę ten pamiętnik z końca świata. Jak widzicie Końce Świata z czasem stają się tak znajome, że zamiast Końcem Świata nazywamy je Domem. Mam nadzieję, że dzięki temu pamiętnikowi Wam też ten jeden z Końców Świata stał się trochę bliższy. Tak jak egzotyczne kiedyś słówko kiszmisz jest teraz dla Was najzwyklejsze na świecie.  

Bo to był właśnie kiszmisz,
czyli opowieść nie do końca o rodzynkach.





P.S. Ale wiem, że mój nepalski profesor miałby mi też za złe, że nie kończę jego ulubionym cytatem. Więc tak już naprawdę na koniec:
Świat jest księgą. Kto zostaje w domu, czyta wciąż tylko pierwszą stronę (Sw. Augustyn;). To dla Was – z życzeniami dalekich podróży!

niedziela, 26 czerwca 2011

Monsunowe Wesele

Coś, co można bez wątpienia powiedzieć o mojej jedynej chyba ostatecznie nepalskiej przyjaciółce, czyli Sreyasie, to to że jest cool. Głupi to przymiotnik, ale pasuje do tej wykształconej w Kanadzie dziewczyny, która mimo że jest w moim wieku, jeszcze nie jest mężatką, a też nikt jej nie traktuje jak starą pannę. No właśnie, bo rodzina Sreyasy też jest cool. I taki jest też jej brat Rishi, na którego ślubie wylądowałam wczoraj. Tak, mogę to chyba stwierdzić bez cienia wątpliwości – wszystkie panny Katmandu straciły najwspanialszego kandydata na męża ;) Bo Rishi to Rishi, ale zostać częścią takiej rodziny, to naprawdę w Nepalu rzadkość.



Ale od początku. W piątek zadzwonił telefon. Odebrałam w mikrobusie, nic nie słyszę. Ślub? Jutro? 8. rano? Aż musiałam wysłać do Sreyasy smsa, żeby się upewnić. I niecałą dobę później tańczyłam w ślubnej procesji, ktora szła przez ulice zalane monsunowym deszczem. Ślub jak ślub, 6 godzin rytuałów hinduskich, ale przy okazji niezła zabawa. Na tym polega chyba ślub, chociaż po doświadczeniach kalkuckich nie byłam pewna.

To było prawdziwe hinduskie wesele. W wielkim domu, dziesiątki wujków, cioć i kuzynów, każdy krzyczy głośniej niż ten poprzedni. Gra muzyka. Dziewczyny w pośpiechu poprawiają makijaż, a zamężne ciocie rządkiem zasiadają na kanapach w salonie, wujkowie gadają w kuchni. Taki cudowny nieporządek. Taniec, deszcz, brzdęk bransoletek i śmiech do łez. Zakumplowałam się szybko z kuzynami, którzy studiują w Stanach, i mieliśmy niezłą zabawę w tym weselnym kiszmiszu. Oni też byli cool.

I tak na ten jeden dzień stałam się trzecioplanową bohaterką filmu Monsunowe wesele. I nawet gdybym się przygotowywała do tego od miesięcy i tak wszystko od fryzury i makijażu po plany założenia sari zepsułby deszcz. Ale za to też kocham Nepal – tu nigdy nie wiesz, kiedy wydarzy się coś zaskakująco cudownego :)




P.S. A w przyszłą sobotę cześć druga, tak już całkiem na pożegnanie z tym krajem!

niedziela, 19 czerwca 2011

Mój kraj

Tam,
gdzie księżyc zstępuje uśmiechnięty, by spotkać Ziemię
pokrytą białymi płatkami w tę noc śnieżną.
I widzi ją roześmianą, radosną,
a potem powraca szczęśliwy do nieba.

Tam,
gdzie kwiaty brzoskwini kwitną na policzkach ludzi,
dwanaście miesięcy w roku.

Tam,
gdzie nawet w najczarniejszą noc,
białe szczyty oświetlają nasze podwórka.

Tam,
gdzie siła tajfunu,
jest w każdym małym strumyku.

Tam,
gdzie jak raz przyjdzie wiosna,
to zapomina odejść.

Tam,
gdzie Himalaje pochylają się leciutko,
by ogrzać sobie kark,
w cieple najczystszych promieni słońca.

Jak daleko bym nie podróżował,
Mój kraj zawsze powraca w moich marzeniach.


Zastanawiałam się, czy ten wiersz wymaga komentarza. Chyba nie i dlatego to nim kończę poetycką trylogię o Nepalu. Jest on bardziej nepalski nich żaden inny, jest niesamowicie prawdziwy, bo opowiada o tym kraju tak, jak opisują go jego mieszkańcy. Jest wreszcie prostym, ale jednocześnie najpiękniejszym wyznaniem miłości do kraju, jakie kiedykolwiek słyszałam.

Dane mi było być tu imigrantką. Nietypowy obrałam kierunek. Nepalczycy to naród emigrantów. Tysiące wyjeżdża rocznie do pół-niewolniczej pracy w krajach Zatoki Perskiej, Malezji czy Japonii. Wyjeżdżają, bo wiedzą, że tam, gdzieś daleko, żyje się i zarabia lepiej. I godzą się niekiedy nawet na największe poniżenie, bo chcą być jak inni. Jak Europejczycy, albo chociaż Hindusi. Byłam kiedyś na pokazie filmu dokumentalnego o nepalskich emigrantach. Film o kobiecie, która zostawiła męża i dziecko, by pracować w Emiratach, a oni wciąż żyją w himalajskiej wiosce. Na koniec patrzymy na jej małego synka, a reżyser pyta ojca, kim chłopiec będzie, jak dorośnie. Będzie mnichem buddyjskim. – odpowiada dumny ojciec. Tak, bo jak daleko by nie podróżowali, jak inni nie chcieliby być, ich marzenia są zawsze tam. Wysoko, wysoko. W tym być może utraconym na zawsze raju.

I jeśli coś pozostanie we mnie z tej nepalskości, to ta tęsknota za rajem. Bo gdziekolwiek bym teraz nie podróżowała, one zawsze będą w moich marzeniach. Himalaje. Bo chociaż tyle jest powodów, żeby tego kraju nie lubić, nie sposób też go nie kochać. Może ostatecznie jednak to także jest Mój Kraj.


niedziela, 12 czerwca 2011

Moje miasto a w nim...

 "Moje podwórko" (Mero ćok)

Oto moje podwórko.
Czegóż tu nie brakuje? Wszystko jest.
Niezliczone choroby,
Niekończący się głód,
Bezgraniczny smutek,
Tylko radości nie ma.
Tutaj jest zakazana.

Moje podwórko jest przy wąskiej uliczce.
Czegóż tu nie brakuje? Wszystko jest.
Ludzie stworzeni przez bogów.
I bogowie stworzeni przez ludzi.
Tutaj jest miejsce dla wszystkich.
Jedni i drudzy jednak są pozbawieni nadziei.
Ludzie – zżerani w nocy przez pchły,
a w dzień przez pieniądze.
Bogowie, których nikt nie wielbi,
nikt im nie pada do stóp.
Ludzie i bogowie żyją tu razem,
przeklinając się nawzajem.
Potykając się o siebie,
rozbijają sobie głowy.

Moje podwórko jest przy wąskiej uliczce.
Czegóż tu nie brakuje? Wszystko jest.



„Mero Ćok” to wiersz o Katmandu. Mieście, o który mówi się, że bogowie mieszkają tu razem z ludźmi. Na każdym skrzyżowaniu jest świątynka albo święte drzewo. I to jest właśnie to nieprzetłumaczalne słowo ćok w tytule. Bo tak naprawdę ćok to nie jest podwórko, ale też nie jest to skrzyżowanie w europejskim tego słowa znaczeniu. Takie szczególne miejsce w asymetrycznym labiryncie Katmandu, gdzie spotyka się kilka wąskich uliczek. Gdzie wieczorami panie handlują warzywami. I gdzie na środku mieszka bóg, ale niewielu o nim pamięta. Mijamy go nie patrząc nawet, mijamy go jadąc mikrobusem, motorem, rowerem. Szybko. Bo takie jest współczesne Katmandu. Niewiele ma w sobie z tego nepalskiego, buddyjskiego spokoju.

Katmandu cierpi na ten kompleks – kompleks nienepalskości. Że nie jest już Nepalem. Jego mieszkańcy, w 90 procentach przyjezdni, mówią często: Katmandu to nie Nepal. A może jednak Nepal – w końcu jesteście tu Wy wszyscy, zgromadzeni z własnej woli, ludzie z wysokich gór i z zielonych nizin, ze wschodu i z zachodu tego wąskiego, długiego paska na mapie z napisem Nepal. Żyjecie obok siebie, a jednak zamknięci w swoich domach, nieufni, obcy. Krążący w ciemnościach, przy braku prądu, po ulicach, które oświetlają tylko światełka zapalane przy świątynkach. Więc może jednak bogowie wciąż tu mieszkają. Mimo że przeklinacie się nawzajem, Wy i to niekochane miasto.



P.S. Gdyby do Nepalu dotarł kiedyś hip-hop, to piosenka ze słowami tego wiersza byłaby zapewne hitem!

niedziela, 5 czerwca 2011

ONI

"MY"
Jak wysoko byśmy się nie wznieśli,
Jak długo byśmy nie biegli,
Jak głośno byśmy nie krzyczeli,
Jesteśmy tylko kroplami wody,
Małymi kroplami,
Zrodzonymi przez słońce, by być chmurami.
Krążymy, wystawieni na żądania wiatru
I myślimy, że jesteśmy wolni.

Jakbyśmy nie wyglądali na wysokich i wielkich,
Zawsze kurczymy się od środka,
Nasza wielkość jest fałszem, iluzją.
Stłoczeni na tej maleńkiej wysepce poniżenia,
straciliśmy pamięć,
zapomnieliśmy o swoim dawnym rozmiarze,
o tym, jak wygląda normalny człowiek.
Więc kiedy zwykły człowiek,
Taki Guliwer z opowieści,
Przypłynie, żeby postawić nogę na wyspie naszych wyobrażeń,
Patrzymy zdziwieni,
Patrzymy i nie wierzymy.
Zaczynamy modlić się do niego, tego zwykłego człowieka,
Myśląc, że jest wielki.
Bo jak bardzo nie wydawalibyśmy się wysocy,
Głęboko w środku jesteśmy puści,
Jesteśmy Liliputami,
Jesteśmy karłami.

Nigdy nie potrafimy spotkać się na własne życzenie,
Ktoś musi nas zgromadzić.
Nie potrafimy dokonać między sobą podziału,
Ktoś musi nas podzielić,
Nie potrafimy żyć tak, jak chcemy,
Ktoś musi nami rządzić, prowadzić nas naprzód.

Jesteśmy odważni, ale głupi,
Głupi, ale i bohaterscy:
Może gdybyśmy nie byli głupi, nie moglibyśmy być odważni.

Jesteśmy zupełnie niczym,
Więc może jednak czymś jesteśmy.
Jesteśmy niczym, nigdzie.
Więc może jesteśmy czymś, gdzieś.
Nie żyjemy.
Ale może udało nam się przetrwać.


Jakiś czas temu odkryłam z żalem, że o Nepalczykach trudno powiedzieć, jacy są. Są 25-milionowy zbiorowiskiem, mówiącym setką języków, wyznającym przynajmniej 4 religie (w tysiącu odmianach), zamkniętym na kontakty poza kręgiem rodziny czy wąskiej społeczności. Ale jednak żyłam tu prawie rok z nimi i wśród nich. Więc może powinnam potrafić powiedzieć, jacy są.

Którego dnia, jako znana miłośniczka literatury pięknej, kupiłam spontanicznie w księgarni pewną książkę. I to ona dała mi odpowiedź na to pytanie. A w zasadzie dał mi tę odpowiedź on - Bhupi Sherchan. Zaskoczona odkryłam, że najlepiej charakter swoich rodaków i prawdę o tym kraju uchwycił poeta tworzący 50 lat temu!

Ten wpis przedstawia pierwszy z trylogii wierszy o Nepalczykach, którymi podzielę się z Wami w tym miesiącu, moim ostatnim miesiącu w Katmandu. I może te wiersze Was zdziwią. Bo Nepal nie kojarzy się ze smutkiem, a na pewno nie z melancholią i goryczą. Ale coś w tym kraju jest, z tej niewiary w postęp, w to że będzie lepiej, że możemy coś zmienić, że coś od nas zależy. Nepalczycy, choć są z pozoru ludźmi zawsze uśmiechniętymi, mają w sobie wiele goryczy. Fatalizm. Gdzieś tam zrodzony przed wiekami, wyssany z mlekiem buddyjskiej tradycji, która chociaż uczy pokory, uczy też pogodzenia się tym, jak jest.

Ten fatalizm jest częściowo produktem nowych czasów, które wyrwały to małe królestwo przykryte mgłą Himalajów ze swojego dawnego rytmu życia, i kazały mu być państwem nowoczesnym, za wzór zachodni. Jednak ta nowoczesność oznaczała tyranię postępu, rozwoju, ekspansji. Nie pasowała do nich. Bo cała ta pogoń za zmianą, próba wytworzenia jednej nepalskiej tożsamości, tylko pogrążyła ich w przekonaniu, że oni nie potrafią być tacy, jak być powinni.

Ale powrót do raju utraconego, kiedy Nepal był odciętym od świata zbiorowiskiem plemion, ludów gór, jest niemożliwy. Mimo że było tak jeszcze 250 lat temu. Być może w praktyce było tak jeszcze 50 lat temu, bo dopiero wtedy do Katmandu przyleciał pierwszy samolot, a dopiero 30 lat temu wybudowano drogę asfaltową łączącą dwa główne miasta kraju. Nawet dziś jedna czwarta kraju to rejony górskie, do których można jedynie dojść albo dolecieć, a mimo to mieszkają tam ludzie.

Jeśli istnieje więc mentalność nepalska, jest ona połączeniem tego silnie zakorzenionego  fatalizmu, pogodzenia z siłami natury, tym że jesteśmy tylko kroplami wody, z aspiracjami do bycia narodem, państwem. Ten Guliwer w wierszu, co nie dla wszystkich jest może oczywiste, to król, który kiedyś podbił plemiona i ludy Himalajów, by stworzyć Nepal, a rządził silną ręką aż do 2008 roku. Ale ta metafora jest aktualna do dziś – Nepal utrzymuje się obecnie z pieniędzy zagranicznych darczyńców, którzy nieformalnie i z daleka, ale jednak pośrednio rządzą tym krajem i mówią mu, jaki ma być. Nowoczesny. Zachodni. Postępowy. I chociaż nie wszyscy są tego świadomi, tym, którzy są, trudno się pogodzić z tą spiralą zniewolenia.

I przy całym tym kompleksie niższości, słusznie mówi poeta na końcu: Nepalczycy są bohaterscy, są odważni, są silnymi ludźmi gór. Bo z zachodniego punktu widzenia niewiele osiągnęli, niewiele im się udało. Ale udało im się przeżyć - w cieniu ogromnych i surowych Himalajów.

niedziela, 29 maja 2011

Inny Świat

Do wczoraj nepalskie Zgromadzenie Konstytucyjne miało napisać konstytucję. Miało na to 3 lata. Nie napisało, więc... przedłużyło sobie kadencję. Kraj oczekiwał przez ostatni tydzień pogrążony w strajku generalnym. Autobusy nie jeździły, podpalano samochody, które wyjechały na ulice i sklepy, które otwarto. Chyba czas więc napisać, jak się żyje w Trzecim Świecie.

Nepal jest tzw. Trzecim Światem albo nawet Czwartym (o czym później) i to, że bieda nie jest tu tak widoczna jak w Indiach czy Bangladeszu  (bo nie śpi na ulicach) nie zmienia statystyk: Nepal jest tylko tragiczne dwa oczka wyższej niż Bangladesz na liście najbiedniejszych i pozostaje w oficjalnie stworzonej przez ONZ grupie 22 najsłabiej rozwiniętych państw świata.

O tym jak się tu żyje, już trochę pisałam przy okazji innych tematów. Wiecie już na przykład, że w porze suchej nie mamy prądu 16 godzin na dobę. Nie mamy też wody, naturalnie, ale ponieważ mieszkam w jednej z najlepszych dzielnic stolicy tego kraju, nie mieliśmy jej tylko kilka dni. Większość nie ma jej kilka miesięcy i biega do pomp i innych miejskich ujęć wody. W porze monsunowej mamy natomiast za dużo wody i drogi są blokowane nawet na kilka dni pod rząd przez lawiny błotne. To chyba oczywiste natomiast, że woda z kranu nie jest pitna nawet w wersji przegotowanej (cholera i tyfus to choroby narodowe). Dlatego trzeba kupować 20-litrowe baniaki. Ja narzekam jedynie na to, że muszę je sama tachać do domu. Większość narzeka, że musi za wodę pitną płacić.

Według statystyk Katmandu jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast Azji, pomimo niewielkich jak na kontynent rozmiarów. Powiedziałabym, że może nie o zanieczyszczenie tu chodzi, ale o pył, którym pokrywa się w porze suchej (6 miesięcy). Skutek: trzeba bez przerwy sprzątać mieszkanie i prać ubrania (ręcznie). No i jakoś sobie radzić, żeby nie powypadały człowiekowi wszystkie włosy, a stopy nie wyglądały, jakby należały do 60-latka. W rezultacie niesamowicie dużo cennego czasu poświęca się na syzyfowe prace w stylu ścieranie kurzu w pokoju, odmaczanie i czyszczenie stóp po całodziennym przebywaniu na mieście czy wcieranie olejków w skórę głowy. Ponieważ mieszkam tu tylko rok nie muszę się szczególnie martwić rakiem płuc czy astmą.

To takie sprawy przyziemne...czwarty świat ma dużo czarniejsze oblicze.

Zaczynając od najczarniejszej strony i parafrazując pewną polską piosenkę, można powiedzieć, że w nepalskich szpitalach ludzie umierają rzadko. Bo jest ich mało. Szpitali. Bo nie każdy ma w ogóle szansę skorzystać z ich usług chociażby raz w życiu. I zgodzę się: oni nie mają takiej potrzeby. Europejczycy ogólnie są słabsi fizycznie. Oczywiście że są. Bo nie przechodzą tej okrutnej selekcji naturalnej, jak dzieci tutaj. Większość moich znajomych to ludzie, którzy stracili część swojego rodzeństwa w dzieciństwie. Najbardziej skrajny przypadek to rodzina, która straciła trójkę dzieci z 9. Ale to dotyczy prawie każdego. I w sumie jest w tym coś przerażająco humanitarnego, bo przecież jeśli to słabsze dziecko dożyje nawet dwudziestki, to nagle przez ten czas nie poprawi się stan dostępu do szpitali. Więc może lepiej niech umrze jako dziecko, nie jako dorosły, na przykład osierocając dzieci. Jakby to nie była szokująca kalkulacja, ludzie tutaj zmuszeni są ją wykonywać. (System emerytur i rent nie funkcjonuje, a "służba zdrowia" jest płatna- to chyba oczywiste).

Jednak Nepal ma jeszcze jeden poważny problem: jak większość krajów gorszego świata cierpi na uzależnienie ekonomiczne od innych krajów. W tym przypadku wielkich braci mamy dwóch, czyli Indie i Chiny. Indie zabierają Nepalowi energię elektryczną, bo 60 lat temu dwa kraje podpisały idiotyczne porozumienie o współpracy gospodarczej, od którego Nepal nie może się do tej pory uwolnić. Nie ma prądu, więc nie ma przemysłu. Nepal nic nie produkuje, więc wszystko trzeba importować z zagranicy. Z Indii i z Chin. Koło niewolniczej zależności się zamyka. A jak nie ma przemysłu, to i pracy w miastach nie ma.

I gdzieś tam na końcu jest stagnacja polityczna, niemożliwość zbudowania nowego systemu politycznego po wojnie domowej i demokratycznych przemianach w 2006 roku. Budowanie nowego państwa nie przebiega tak, jak większość by chciała. Szybko. O jego kształt kłócą się nie tylko grupy polityczne, ale i społeczne, religijne, językowe, etniczne. Mamy więc często całodniowe strajki generalne zwane bandh. Całe państwo zamiera, a traci na tym branża turystyczna - jedyne źródło dochodu tego kraju.  Dlatego do Nepalu pasuje termin Czwarty Świat, stworzony dla zaklasyfikowania krajów, w których wielość grup etnicznych i językowych powoduje chaos i niemożliwość porozumienia. Tymczasem Nepalczycy żyją z traumą po konflikcie, w tej wiecznej tymczasowości.

Większość z moich znajomych narzeka. Albo narzeka i marzy, żeby wyemigrować. Kiedyś powiedziałam mojemu dobremu znajomemu: Ciągle narzekasz, zamiast coś zrobić. I nawet jeśli miałam trochę racji, miał on też pełne prawo odpowiedzieć mi: Mówisz tak, bo jesteś tu rok, jesteś tu z wyboru. Minie rok i możesz wrócić tam. A my będziemy tu na zawsze.

I kiedy narzekam w duchu próbując uprać ręcznie prześcieradło albo zasłony, przypominam sobie to zdanie. Tak, za miesiąc będę tam, z pełnym prawem decyzji, gdzie chcę żyć i co chcę robić. I może właśnie nie chodzi o to, że tam w Pierwszym Świecie mamy pralki do prania, a o to prawo wyboru.

5 lat po konflikcie, 3 lata po upadku monarchii tak wygląda nepalska demokracja (Napis głosi: "Wstęp wzbroniony". Drut kolczasty uniemożliwia obywatelom zbliżenie się do budynku parlamentu. Nigdzie wcześniej nie wiedziałam tyle policji i wojska co w Nepalu)

niedziela, 22 maja 2011

Po drogach, których nie ma

Europejczycy lubią mapy.
Lubią wyznaczać trasy i nimi podążać.
Lubią rozkłady jazdy.
Lubią cyfry i daty.

Ja też lubię. A przynajmniej do tej pory sobie nie wyobrażałam, że można bez tego podróżować. Bo przecież jest to całkiem oczywiste, że podróżuje się z punktu A do punktu B. Pokonując, dajmy na to, 500 km. Pociągiem nr W3041. Albo lotem nr AI423. Z paszportem nr BW06040293. Nie potrzebujemy już nawet mapy tradycyjnej. Podobno (!) wszystko jest na google maps.

A co jeśli starannie zaplanowana podróż zacznie się....od strajku pilotów linii lotniczych? Nic dziwnego, jutro jest 1 maja, Święto Pracy, wiadomo że Kalkuta strajkuje. Mamy do wyboru: czekać aż przeklęci indyjscy komuniści zakończą strajk (ale znamy ich za dobrze, żeby ich o to podejrzewać) albo wsiąść, jak każdy przeciętny Nepalczyk czy Hindus, w autobus do miasteczka granicznego o niewymawialnej dla obcokrajowca nazwie Kakarbhitta. Decyzję podjęłam szybko, bo ostatni dziś autobus miał odjechać za pół godziny. 16 godzin. Nocą po nieoświetlonych drogach południowego Nepalu. Jak już uda nam się z nepalskimi mrówkami przejść na piechotę tę dziurawą granicę (ok. 1km), znajdujemy się w Indiach. Z miasteczka Ranigunj, które ogranicza się do postoju jeepów i taksówek, transportujemy się do miasta Siliguri. Gdzie (a jakże, w końcu jest to podróż bez mapy i planu!) czeka nas 8-godzinne oczekiwanie na autobus do Kalkuty. Jeśli w towarzystwie rozwrzeszczanych bengalskich i nepalskich rodzin uda nam się zasnąć w autobusie, to za 12 godzin obudzimy się w miejscu docelowym. Po 40 godzinach. Udało się.

Ale był to dopiero początek moich podróży bez mapy. Bo jakże lepiej można oglądać wybory lokalne (a po to pojechałam do Bengalu Zachodniego) niż jeżdżąc tak po prostu po indyjskich bezdrożach. Spędziłam więc dzień ‘spacerując’ po Howrze (robotniczo-przemysłowe przedmieścia Kalkuty), a jak już zaczęłam się czuć niepewnie, poprosiłam rykszarza, żeby mnie zawiózł na ‘relłej steszan’ (railway station). I nagle wylądowałam na stacji kolejowej Liluah. Nazwę pierwszy raz słyszę. Ale pytam pierwszego lepszego człowieka, na który z dwóch peronów wjedzie kolejny pociąg w stronę Kalkuty. No i po godzinie na gapę dotarłam do miasta.

Następna wyprawa dotyczyła już jednak nie przestrzeni miejskiej, ale wiejskiej. 7. maja głosowanie przeniosło się do dystryktu Bankura (jest na google maps;), a ja dotarłam pociągiem do miasteczka Bishnupur. Obcokrajowca tam na pewno dawno nie widzieli, bo jak chciałam kupić bilet do kompleksu zabytkowych świątyń pan w kasie sprzedał mi bilet dla Hindusów (A jak ktoś cię zapyta, to powiedz, że wciąż studiujesz w Kalkucie – znajomość języka po raz kolejny czyni cuda, 100 rupii do przodu).

Mój punkt docelowy dnia kolejnego: Shantiniketan. Jednak wydostać się z Bishupuru nie było łatwo. Wszystkie autobusy wspomagały wybory i komisję wyborczą. Jedź do Bankury – radzono mi. A co, jadę! W końcu stolica dystryktu ;) Z Bankury też nie było autobusów do celu mojej podróży. Jedź to Durgapuru! – moja znajomość topografii Bengalu kończy się w tym momencie. Ale wsiadłam. Madam, dzisiaj z Durgapuru nie ma autobusu bezpośredniego, jedź do Ilam Bazar, a tam przesiądź się w autobus do Bolpuru. No to jadę. W Ilam Bazar, które jest niczym więcej niż rondem praktycznie w środku pola, wsiadam w autobus do Bolpuru. Jednak wszystko się zgadza. W Bolpurze biorę rykszę do Shantiniketanu i jestem na miejscu!

Podróże bez mapy. Są piękne. Rozklekotanymi autobusami. Po dziurawym asfalcie. Po żwirowych dróżkach. Przez lasy i pola ryżowe. Przez zagajniki mangowe. Otoczona ludźmi, którzy przecież byli celem mojej podróży – to przecież oni głosowi w tych wyborach, które przyjechałam zobaczyć. I dopiero kiedy już się dotrze do Kalkuty, do domu, pokonawszy razem 1000 kilometrów, można przyznać, że europejska obsesja cyfr i dat nie ma sensu. Bo moja podróż nie składała się z godzin i dni, ale z tego dziwnego bezczasu, w jakim żyje indyjska prowincja. I jeśli coś pokonałam przez te twa tygodnie to nie te tysiąc kilometrów, ale swój europejski umysł, który podróżuje po mapach, a nie po Drogach. 




P.S. I w takich chwilach jestem wdzięczna Wydziałowi Orientalistycznemu UW, który kiedyś 'zmusił mnie' do nauczenia się tego (kiedyś) egzotycznego języka bengalskiego :)