wtorek, 26 kwietnia 2011

Kwestia wiary

Trzy tygodnie temu wszystkie stacje radiowe nadały, że hinduski przywódca religijny Sai Baba jest chory. Taksówkarze stawali nagle na środku ulicy, żeby pogłośnić odbiorniki. W autobusach zamiast muzyki słuchano wiadomości – w tym kraju zmęczonym politycznym impasem to rzadkość.

O umierającym Sai Babie rozmawiano w domach, na ulicach, w sklepach i na uniwersytecie. Tydzień potem zapytałam spontanicznie moją znajomą, której nie podejrzewałabym o szczególną miłość dla kontrowersyjnego guru: Sai Baba to w końcu umarł czy nie? Spotkało mnie mrożące spojrzenie:
Nie, on żyje. No tak Sai Baba nie może umrzeć, tylko jest chory. Sam przewidział przecież, że umrze w wieku 93 lat. A wyczytał to sobie pewnie z ręki – palmiści, czyli astrologowie czytający przyszłość z linii papilarnych, traktowani są tu poważniej niż wykształceni na Zachodzie lekarze.

Ale Sai Baba wciąż leżał w szpitalu. I w ostatnią niedzielę jednak umarł. Jakieś 7 lat przed terminem. Ten błąd w obliczeniach został mu nagle zapomniany, podobnie jak innej jego grzechy. Nigdy nie rozumiałam do końca fenomenu Sai Baby, jednak jego nagła śmierć postawiła mnie przed trudną próbą zastanowienia się nad nim, kiedy pół miliarda ludzi modliło się o jego zdrowie.

Kim była ta dziwna postać z czarną czupryną, zawsze obowiązkowo w długiej szafranowej szacie? Dla milionów swoich wyznawców Sai Baba był bogiem. Oprócz przekazywania mądrości życiowych budował szkoły i szpitale, pomagał biednym. Jednak niewielu, którzy patrzyli na to szaleństwo religijnej gorączki z daleka, oskarżało go o molestowanie dzieci, przeprowadzanie wyznawcom prania mózgu, czy wreszcie o naużywanie funduszy pochodzących z datków. Nigdy nie został oficjalnie skazany przez sąd, a wszyscy zastanawiali się, czy sam sędzia sekularnego państwa indyjskiego nie był przypadkiem wyznawcą tego żyjącego boga. 

Gdy umarł, miliony pośpieszyły do jego wioski, by złożyć mu hołd. Wśród nich inny bóg Indii – krykietowy idol Sachin Tendulkar, gwiazdy Bollywood i politycy na czele ze spadkobiercą słynnej dynastii Rahulem Gandhim. W ponad tysiąckilometrową podróż wyruszyli też wierni z Nepalu.Wszyscy modlą się o to, by w ciągu dwóch dni, które pozostały do kremacji, Sai Baba....zmartwychwstał!!!

Jednak Sai Baba był tak kochany być może nie dlatego, że był bogiem, ale dlatego że był człowiekiem o statusie boga. Ze wszystkimi małymi  i wielkimi grzeszkami, z zamiatanymi pod dywan błędami młodości. Był dobry i zły. Był religijnym przywódcą, ale i sprytnym biznesmenem. Był człowiekiem sukcesu wreszcie. Był jednym z nich, a jednocześnie ponad tym światem doczesnym. Ponad tymi wszystkimi, którzy rządzą Indiami – ponad mafią i polityką, ponad Bollywoodem i krykietem. Ponad każdym prawem. Oprócz prawa życia i śmierci. 

wtorek, 12 kwietnia 2011

Na mózg, na AIDS, na długie życie

Ostatnio postanowiłam zdrowo (zdrowiej;) się odżywiać i zacząć od zmiany najprostszego nawyku: picie zielonej herbaty zamiast kawy (do której zawsze obowiązkowo, zgodnie z tutejszym zwyczajem, muszą być przecież herbatniki...). Kupiłam herbatę w takim ładnym drewnianym pudełeczku i trochę ze względu na to pudełeczko. A już po fakcie zauważyłam, że widnieje na nim napis: Zielona herbata – sekret długiego życia. Niezła reklama, w kraju, gdzie łatwiej jest zginąć w wypadku drogowym, przy porodzie albo zarazić się HIV w publicznym szpitalu niż dożyć choćby siedemdziesiątki.

Nepalczycy jak Polacy lubią rozmawiać o zdrowiu i popisywać się swoją rozległą wiedzą na ten temat. Tylko te pomysły, jak żyć zdrowo i długo, są trochę inne...Oto kilka z moich ulubionych tutejszych mądrości, tzw. ludowych:
-         pijąc jogurt na śniadanie można się przeziębić, więc nabiał tylko wieczorem po obiedzie...hm...zaczynając dzień o dahi (czyli miejscowego jogurtu, co go można kupić w mleczarni, od pana z misy, a nie w plastiku) narażam się na lamenty mojej nepalskiej mamy.
-         Inne zastosowanie jogurtu, tym razem mądrość z Kalkuty, to leczenie...przeziębienia właśnie...poprzez nakładanie zimnego jogurtu na gardło...
-         Stosowanie tabletek przeciwbólowych niszczy organizm i, jak usłyszałam od jednej kobiety, prowadzi do bezpłodności, a przynajmniej do problemów z ciążą/urodzeniem dziecka. Ibuprofen, ulubione pigułki Polaków na każdą okazję, to trucizna – uważa się tutaj powszechnie!
-         Jedzenie dużej ilości przypraw poprawia cerę – czyli dokładnie przeciwnie niż myśli się w Polsce. Ale logikę nepalską rozumiem: przyprawy, działanie antybakteryjne, szybsza cyrkulacja krwi, czysta skóra.
-         Ciepła woda niszczy włosy....gdy to usłyszałam przypomniałam sobie mycie głowy w nepalską zimę, woda 1 st. powietrze 5 st., i myślę: propaganda! Żeby ludzie tu nie myśleli, że żyją w biednym kraju – nie, oni celowo unikają ciepłej wody, dla zdrowia. Zastanawiałam się kiedy ktoś mi powie, że odcięcia prądu po zachodzie słońca poprawiają wzrok na przestrzeni lat...bo już w to nie uwierzę. Ale w ciepłą wodę jestem w stanie.
-         Na opisanie wszystkich mądrości żywieniowych owocowo-warzywnych nie starczyłoby tu miejsca – każdy tu wie, co na co jest dobre, to na włosy, to na skórę, to na wątrobę. To trzeba jeść zimą, to latem. Np. ogórki  latem, dlaczego? Większość nie wie dlaczego, ale i tak to robi, na tym polegają mądrości ludowe. A odpowiedź naukowa też jest: bo uzupełniają tracone szybko latem sole mineralne!

Wrażliwość Nepalczyków na kwestię zdrowia wykorzystują nowocześnie spece od marketingu i tak od mądrości ludowej przechodzimy do mądrości marketingowej – i jedna i druga równie proste. Szczytem szaleństwa są zupki instant poprawiające koncentrację oraz...herbatki na mózg :) Bo kto zrozumie, jeśli na pudełku napiszemy: zawiera żelazo i magnez. Lepiej napisać: Dobre na mózg!

Wracając na koniec do mojej zielonej herbaty. Oczywiście jestem już pewna, że będę długo żyła. Stosuję ją od
2 tygodni, a pudełko jest bardzo pojemne. Ale na opakowaniu widnieje też jeszcze inna adnotacja: Zielona herbata jest używana w leczeniu AIDS. Tak w razie gdyby jednak mnie zarazili podczas standardowej wizyty w publicznym szpitalu. Długie życie gwarantowane. Tylko w Nepalu.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Chrystus na końcu świata

„Z okazji Wielkiego Postu zapraszamy na spacer i piknik do Champadevi. Starujemy w sobotę o 10. w Hattibun.”

Takie ogłoszenie zawisło w ostatnią niedzielę na Kościele Wniebowzięcia w Katmandu. Pod ogłoszeniem lista chętnych. 30 osób się już zapisało. Stoję przed tablicą ogłoszeń i wciąż nie mogę uwierzyć. Kościół katolicki, jedyny w Katmandu, organizuje wycieczkę na górę niedaleko miasta, na której szczycie znajduje się Champadevi, czyli....świątynia hinduska!!! Piknik, Wielki Post, bogini Champa, Jezus Chrystus.

Witamy w Nepalu, kraju tysięcy bogów, 4 wielkich religii, i wielu mniejszych, gdzie słowo ortodoksja, czystość, podział religijny tracą swoje znaczenie. Gdzie buddyzm jest bardzo hinduski, hinduizm buddyjski, chrześcijaństwo dziwnie buddyjsko-hinduskie, a gdzieś tam jeszcze krążą muzułmanie, żyjący sobie spokojnie na marginesie religijnej mozaiki. Czym dalej od miast robi się ciekawiej. Dochodzą szamani, bóstwa animistyczne, siły nadprzyrodzone. Góry są bogami, a w drzewach mieszkają duchy przodków.

Wracając jednak do kościoła w Katmandu. Jest to miejsce niezwykłe. Nawet w sferze wizualnej. Wierni i ksiądz siedzą na ziemi. Ołtarz jest więc nisko. Zespół/schola śpiewa rock&rollowe piosenki, które chodzą człowiekowi po głowie cały dzień. Śpiewa się dużo i głośno. Na koniec w amerykańskim stylu ksiądz stoi przed kościołem i mówi „Good morning”.

Wycieczka z okazji Wielkiego Postu to tylko kulminacja wielu innych wydarzeń, które Europejczycy uznaliby za szalone. Nadmienię tylko, że w samym Wielkim Poście mieliśmy już ogłoszenia parafialne: „Proszę nie przynosić własnego jedzenia na spotkania rekolekcyjne – Kościół zapewnia przekąski i napoje”. Numerem jeden jednak wciąż pozostaje dekorowanie terenu kościoła przed Bożym Narodzeniem: zachęcamy do pomocy, dekorowanie potrwa 5 dni. Dziwi się przybysz dlaczego tak długo, a potem prawie ślepnie, tak wszystko się świeci i błyszczy. Nie może też uwierzyć, jak można prowadzić pasterkę w dwóch językach. Można. Kolędy śpiewa się w kolejności: jedna zwrotka po nepalsku, jedna po angielsku itd. A na pasterce tłum straszny – ambasadorowie i inni ekspaci mieszają się z paniami w sari i rozkrzyczanymi nepalskimi dziećmi.

Ostatnio jednak zostałam też jednak zaskoczona bardzo teologicznie, a nie tylko kulturowo-estetycznie. W którąś z ostatnich niedziel wysłuchaliśmy czytania o Samarytance, od której Jezus przyjął wodę do picia. Tu, gdzie dominuje hinduizm oparty na idei hierarchii w zależności od czystości rytualnej, wzięcie z rąk obcego, bez względu na jego pochodzie, wody lub jedzenia jest aktem otwartości lub odwagi. W kazaniu ksiądz bez cienia wątpliwości na twarzy opowiadał więc, że historia Samarytanki to opowieść o dyskryminacji etnicznej i społecznej, o równości wszystkich ludzi, o której naucza Chrystus, o nadziei na godne życie dla każdego. I tyle. Koniec. Myśleliście, że przypowieści biblijne mają znaczenie symboliczne, a nie dosłowne? O tym ksiądz nie wspomniał.

Nie szokuje mnie to już. Tutejszy kościół przełamuje wszystkie stereotypy i czasem jest tak daleki od europejskich, a szczególnie polskich wyobrażeń i przyzwyczajeń, że zmusza do refleksji. Każe nam zadać sobie ponownie to fundamentalne pytanie: o co w tej religii chodzi? Europejczycy tak bardzo strzegą czystości i prawdy, że często zapominają, że ludziom nie chodzi o prawdę zawartą w teologicznych rozprawach, ani o czystość, która nie pozwala nam szanować naszych sąsiadów i przyjaciół. Tutaj w święta hinduskie modli się w kościele za hindusów: o zdrowie i pomyślność. A prawda jest prosta. Zapytajcie nepalskich katolików, o co chodzi w chrześcijaństwie, a nie będą Wam opowiadać o Świętym Tomaszu, o walce o krzyż pod Pałacem Prezydenckim czy o Radiu Maryja. Chodzi o pokój, miłość i równość w różnorodności. I o uśmiech. Tutaj w kościele uśmiecha się częściej. W tym kraju biedy, dyskryminacji i niedawno zakończonej wojny.


Tradycyjnie ubrany Nepalczyk wychodzi ze świątyni Swayambhu w Katmandu, która należy oficjalnie do dwóch wspólnot religijnych: hinduskiej i buddyjskiej.

Annapurna i Sagarmatha (czyli Mount Everest) - obie góry są boginiami.

Plakat z Buddą, Kryszną czy sercem Chrystusa? Wszystkie równie kolorowe.

niedziela, 27 marca 2011

W blasku Annapurny

A więc zrobiłam to samemu. Moje 4130 m. n.p.m. Całkiem samemu. Bo ostatecznie całe ryzyko było po mojej stronie.

Nie żałuję żadnego z tych metrów. A szczególnie tych 700 m. w górę, które przeszłam z Kalamem. Tych 2000 m. z Conorem z Kanady. Tych 300m w dół z Ji z Wielkiej Brytanii i Chin. Nie żałuję tych długich wieczorów z parą staruszków z Australii, z ojcem i córką w Manchesteru, z Nowozelandczykiem, który zrobił doktorat w Niemczech, z Ido - amerykańskim żydem, który twierdzi, że jest jedynym prawdziwym buddystą w Nepalu.

No przede wszystkim powinnam podziękować wszystkim tragarzom i przewodnikom, którzy przenosili plotkę z wioski do wioski, o samotnej białej dziewczynie, która zna nepalski i sama niesie swój plecak. Wszędzie ktoś na mnie czekał.

Zrobiliśmy to razem. Wspaniałe 4130 m. Do Sanktuarium Annapurny. Na tamtą stronę chmur.


A oto fotograficzna kronika mojej drogi:
W regionie Annapurny nie można się zgubić
Rododendron - narodowa roślina Nepalu - kwitnie właśnie w marcu!

Elektrownia wodna na 3200m nmp. produkuje energię dla całej wioski (4 domy)
To jeden ze stabilniejszych mostów, które musiałam pokonać...aż odważyłam się na nim przystanąć!
Do 2000 m npm towary niosą konie. Potem już tylko ludzie.


Mój ostatni wschód słońca nad Annapurną. To niesamowite każdego dnia budzić się w raju.


Buddyjskie flagi i ośnieżone szczyty - typowy widok. Zgadzam się z Nepalczykami - te góry mają w sobie pierwiastek boski.

Oto ona. Annapurna. O wschodzie słońca. W miejscu słusznie nazywanym Sanktuarium, gdzie ze wszystkich stron otaczają człowieka ogromne białe szczyty.


niedziela, 13 marca 2011

Groch z kapustą, czyli o ryżu z soczewicą

Gdy wyjeżdżałam do Nepalu słyszałam głosy: i zamieszczaj zdjęcia jedzenia na Facebooku. No tak, jadę w końcu do egzotycznego kraju, który przez bliskość Indii kojarzony jest z wielością dań, które łączy wspólny przymiotnik: pikantne.

Potwierdzam. W restauracjach w Katmandu można dostać słynne indyjskie curry w najróżniejszych odmianach. Z miejscowym serem panirem albo z warzywami o niespotykanych nazwach: karela, potol, bhindi. Jednak królem nepalskiego stołu jest daal-bhaat. Może nie powinnam mówić, że królem. Nepalczycy obalili monarchię parę lat temu, a owo danie nie ma w sobie nic z arystokratycznego przepychu.

Daal - soczewica w formie sosu/zupki. Bhaat - ryż. Proste. Do tego smażone warzywa w ostrym sosie lub sakh, czyli lekko sparzone liście szpinaku.
wersja obiadowa
Je się go tutaj codziennie. Dwa razy dziennie.

I co? I tylko to? Ryż z soczewicą? W Europie powiedzielibyśmy, że to więzienny reżim. Ale jest coś niesamowitego w tym prosty daniu i jego absolutnej dominacji.

Nepal nie przeszedł jeszcze do stadium rozwoju (nie lubię tego słowa narzucającego europejski sposób postrzegania świata!), kiedy je się dla przyjemności i eksperymentuje z ekstrawaganckimi daniami. Jedzenie to codzienna czynność fizjologiczna. Kto dziś o tym pamięta?! Europejczycy pochłonięci są narzekaniem na tłuszczyk w szynce i żylastą wołowinę.

Kiedy tutaj pierwszy raz dostałam kurczaka do dal-bhatu zastanawiałam się, dlaczego dali mi kości do jedzenia. Potem śmiałam się, że są to kości z mięsem, a nie mięso z kością. Teraz nauczyłam się jeść nawet chrząstki i cieszę się, że na obiad jest kurczak (dwa razy w miesiącu, a od święta mamy koźlinę).

wersja śniadaniowa
Kiedy pierwszy raz jadłam dal-bhat nie byłam w stanie zjeść tej ogromnej porcji ryżu. Pół kilo ryżu i trochę warzywek. Co za proporcje! Teraz zjadam ryż do ostatniego ziarenka. Jak się nie podjada cały dzień jest to nawet łatwe. A najważniejsza zasada brzmi: ryżu się nie zostawia. Bo to tak jakby wyrzucało się chleb.

Dal-bhat w zasadzie nie jest daniem. Jest konstruktem społecznym. Codziennością biednych tego świata (bo nawet najbogatszy Nepalczyk jest stosunkowo biedny). Czymś, co łączy ich wszystkich.
Je go tybetański uchodźca i biznesmen z Katmandu.
Jedzą go na 5000 m.n.p.m. i na nizinach południowego Nepalu. Jedzą go ci, którzy kupują ryż za ostatnie pieniądze i ci, którzy mogliby sobie pozwolić na większe rarytasy. Ale po co? Skoro jest dal-bhat!

I czasem z europejską zaciętością odmawiam, już nie mogę, nie chcę i mówię, że nigdy więcej. A potem znów zanurzam palce w ryżu.

Lubię go. Dal-bhat. Nasz ryż powszedni.


P.S. A niedzielę (czyli dziś) świetuję naleśnikiem i kawą na śniadanio-lunch :)

poniedziałek, 7 marca 2011

Dom wariatów

Często gdy schodzę na dół (mieszkam na ostatnim 3 piętrze), wpadam na jakiegoś nieznajomego. Nie żebym nie była pewna, ile osób oficjalnie mieszka w tym domu. Pamiętam, że 4 plus ja, ale wizyty nieznajomych, przedstawianych zawsze jako ciocia lub wujek, są normą.

Zwykle przychodzą w najgorszych momentach:
  1. Wychodzę spod prysznica z mokrymi włosami. Zawsze w pełni ubrana, ale i tak widzę to spojrzenie ‘wujka’, który może być nawet młodszy ode mnie...
  2. Piorę na tarasie. Gość przystaje i się gapi, jak biała służąca robi pranie. W Nepalu nie do pojęcia!
  3. Czytam nepalską gazetę przy śniadaniu....długo jej sobie nie poczytam, jak zauważą, że to nepalska.

Goście dzielą się na takich, którzy przychodzą często i ich miejsce na drzewie genealogicznym rodziny Koirala zostało rozpracowane, oraz na tych, którzy są na tyle rzadko, że nie daje się stwierdzić, skąd się wziął na przykład ten przystojny wujek (i czy jeszcze wróci :) Dzielą się też na tych, którzy chcą się komunikować ze mną i na takich, co nawet na mnie nie spojrzą. Wreszcie na tych, którzy wpadają na obiad/lunch/herbatę i na takich, którzy potrafią mieszkać tu miesiącami. Zwykle jednak mamy ciocie/wujków/współpracowników Pana Domu. W najciekawszym przypadku można wpaść na hinduskiego kapłana czy astrologa z doktoratem zrobionym w świętym mieście Benaresie :)

Ostatnio jednak mieliśmy duże święto, więc przeludnienie w domu znacznie wzrosło. Któregoś razu budzę się rano, myję zęby na tarasie, a tu pojawia się jakiś starszy pan....i się patrzy i idzie w moją stronę....i wiadomo, że najlepiej rozmawiać z człowiekiem, gdy ten myje akurat zęby. Dziadek nie zważa na kolor mojej skóry i pyta po nepalsku: Wnuczko, gdzie jest twoja wioska? Wspaniale! Czy teraz mam udawać, że nie rozumiem, czy że nie mogę odpowiedzieć, bo myję zęby...? No nic. Kończę szybko mycie i tłumaczę dziadkowi, gdzie ta moja wioska. Po chwili dziadek znika.

Schodzę na dół, a tam oprócz dziadka mamy młodego wujka (ten przymiotnik dodawałyśmy zawsze, żeby zaznaczyć, że wujek jest w naszym wieku, więc może być niebezpiecznie ;), ciocię z noworodkiem, która mieszka u nas od miesiąca (bo kobieta po urodzeniu jest nieczysta i nie może mieszkać z mężem), oraz kolejną ciocię i wujka, którzy mieszkali już u nas przez dwa miesiące na jesieni (i wujek po pijaku opowiadał kiedyś, że ma dziecko z Indonezyjką poczęte w Korei, ale go nie uznaje!) Tylko właścicieli domu brak, no i kogoś, kto by mi wytłumaczył, kim są nowi wujkowie. Mija jeden dzień i nie zostaję im przedstawiona. Stały motyw, w końcu jestem kobietą, więc nie jestem godna. (Plus wiadomo, młody wujek mija mnie ze wzrokiem zwróconym w niebo, żeby nikt sobie nie pomyślał...)

Drugiego dnia dziadek znów przychodzi do mnie wcześnie rano. Wchodzi bez pukania do pokoju: Co robisz, Wnuczko? Dobrze, że zdążyłam chociaż przebrać się z piżamy! No więc ucinam sobie pogawędkę z ‘nieznajomym’.

Trzeciego dnia nie wytrzymuję i podpytuję, kto to jest. Oczywiście ojciec Pana Domu przyjechał na święto.

W kulminacyjnym momencie było w naszym domu ze 20 osób, co przesunęło moją porę obiadową o godzinę. Bo to chyba oczywiste, że najpierw jędzą mężczyźni. Potem dzieci. A na końcu ciocia z noworodkiem i służąca. (No i ja;) Ale nie powinnam narzekać, bo w związku ze świętem załapałam się na tzw. prasad, czyli poświęcone jedzenie, którego nie zjedli bogowie podczas obrzędów ofiarnych :)

A opowieść o tym nepalskim domu wariatów (przepraszam za to pejoratywne określenie, ale używam go z całą sympatią dla rodziny Koiralów) zakończę historyjką nieświąteczną. Kiedyś wychodzę z domu, ale wiem, że w domu jest tylko Lakszmi, więc wołam ją, żeby zamknęła za mną drzwi. Szukam jej, szukam. Schodzę na pierwsze piętro, a tam na kanapie...siedzi jakiś mężczyzna....a Lakszmi nie ma! Gość siedzi i milczy. A ja....udaję że go nie widzę......ale wreszcie pytam, gdzie jest Lakszmi. Poszła do sklepu– słyszę odpowiedź. Patrzę na pana wielkimi oczami. Gdyby nie fakt, że jesteśmy w Nepalu, już bym dzwoniła po policję i uciekała. No ale co zrobić, ja się spieszę, więc zostawiam nietypowego ‘włamywacza’. A pod sklepem naprzeciwko siedzi nie kto inny jak pani domu i gawędzi sobie w najlepsze ze sklepikarzem wygrzewając się na słońcu. Co będzie się spieszyć. W końcu to na pewno tylko jakiś kolejny wujek.

środa, 2 marca 2011

Sprawy (nie do końca) sercowe


Zastanawialiście się kiedyś, gdzie mieszkają wasze uczucia? Dziwne pytanie! Wiadomo, że w sercu. Zwykle się nad tym nie zastanawiamy, bo i tak dostateczną komplikacją jest fakt, że je mamy. W sercu więc. Ale w jakim? W tym kiczowatym walentynkowym czy w tym wewnątrz klatki piersiowej?

Kontynuując tematykę walentynkową, a szczególnie w związku z pewnym zaproszeniem na lunch, które okazało się być zawoalowaną propozycją matrymonialną (!), postanowiłam napisać, o tej zaskakującej różnicy w postrzeganiu uczuć doprowadzającej zwykle Europejczyków do przekonania, że Hindusi, Nepalczycy czy Bengalczycy są sentymentalni, do bólu romantyczni, a ich sposób myślenia o życiu nie do przyjęcia.

A całe to zamieszanie i nieporozumienie wynika z istnienia pewnego słówka, którego my nie mamy.  
Mon – słowo i bengalskie i nepalskie, czyli dość uniwersalne dla tej części świata, znaczy...no właśnie...serce, umysł i dusza...jednocześnie! Takie miejsce, gdzie człowiek chowa uczucia i myśli – to chyba najlepsza definicja. Ale gdzie to jest? Europejczycy podeszli do sprawy naukowo i praktycznie. Mamy mózg i serce, jedno od myślenia, drugie odpowiedzialne za uczucia, oba w biologicznych granicach naszego ciała, zmierzone i przebadane.

A gdzie jest mon? Nie wiadomo, ale mnie wystarczy wiedza, że to on nimi rządzi.

Bengalczycy mówią: Mon kemon korćhe. Dosłownie „Coś się dzieje z moim mon”. W tym jednym wyrażeniu mamy smutek, radość, tęsknotę, melancholię, nostalgię, zakochanie, niepewność i jeszcze pewnie tysiąc innych uczuć precyzyjnie opisanych przez zachodnich psychologów, ale których narzędzia nie potrafią naukowo opisać, czym jest mon.

Jednak ludzie tutaj wcale nie czuję, żeby mieli jakieś problemy z komunikacją. Nie czują się też ubożsi, bo mają jedno słowo zamiast trzech. Dla kontrastu mają kilkanaście określeń na miłość i nie mają przynajmniej wątpliwości, że jest to najważniejsze z uczuć :)