wtorek, 17 maja 2011

O kolorach się dyskutuje

Dla tych, którym mój poprzedni wpis wydawał się sentymentalny i naiwny, co więcej, którym wydawał się nieodpowiedni, bo w końcu napisał go magister politologii (któremu nie przystoi wyrażać preferencji dla jakiegokolwiek koloru), przedstawię teraz tę samą historię, tylko w formie poważniejszej. Sam temat jest zresztą poważny. W tej części świata polityka to nie parlamentarna gra. Jest w niej zwykle krew i łzy. Przemoc i bezkarność. Walka o zasoby, których nie ma wiele, ale wielu jest ludzi. I gdzieś tam słusznie można twierdzić, że Indie są najwspanialszą demokracją świata, bo pomimo biedy i tylu problemów, jednak ludzie wierzą, że ich głos coś zmienia. Albo właśnie ta bieda jest tak dotkliwa, że nie można w niej pozostać biernym. Trzeba coś zrobić. Można zagłosować w wyborach albo zostać maoistowskim rebeliantem, który chce to państwo zniszczyć. Póki co większość wybiera głosowanie, a przynajmniej Bengal Zachodni jest regionem szczególnym – gdzie polityka to nieodłączna część życia.

Komuniści pojawili się na indyjskiej scenie politycznej w 1967 roku. Wtedy byli dziwacznym tworem, bo nikt nie wierzył, że uda im się znaleźć swoje miejsce w ryzach demokracji parlamentarnej, którą były i są Indie. Ale udało im się. 10 lat później zdobyli dwie twierdze – Bengal Zachodni i Keralę (stan na południu kraju). Obiecali ludziom to, co było wtedy ważne dla przeciętego mieszkańca Indii, czyli reformy rolne, parcelację majątków wielkich właścicieli, każdemu kawałek swojej ziemi. Obiecali świat bez korupcji; władzę, która nie żyje w przepychu z dala od obywatela. Obiecali i zrobili. W latach osiemdziesiątych przeprowadzili w Bengalu najbardziej radykalną reformę rolną w Indiach. Mówili, że rozdając ziemię przywrócili ludziom godność. Każdemu bez względu na kastę, religię, pochodzenie. I nawet jeśli wielu krytykowało ich  wtedy, ludzie wiedzieli swoje. Głosowali na nich przez 34 lata.

Przewodził im wtedy zmarły w zeszłym roku Jyoti Basu – komunista nawrócony, który wrócił przed wojną z Anglii, by w swoim mieście, Kalkucie, zbudować nowy świat. Wierzył w komunizm demokratyczny, polegający na konsultacjach decyzji z ludźmi. Przekonał wielu, w tym bengalskie elity, że komunizm, rozumiany jako wiara w sprawiedliwość społeczną i równość, to idee czyniące z Bengalczyków najbardziej postępowych mieszkańców Indii, że bogactwo skumulowane w rękach niewielu to neokolonializm. Dał Kalkucie nową tożsamość, niezależność, inność, coś co czyniło Bengalczyków wyjątkowymi nie tyle w oczach świata, ile w oczach ich samych.

Ale w 2006 roku, kilka lat po odejściu Basu ze stanowiska premiera stanowego, władze marksistowskie po raz pierwszy nie posłuchały ludu, nie zapytały go o zdanie. Przymusowo wysiedliły rolników ze wsi Singur, a potem Nandigram, by realizować swój plan industrializacji. A ludzie powiedzieli NIE. Był to konflikt krwawy. I marksiści może tak naprawdę nie przegrali tych wyborów w tym roku, ale przegrali je wtedy, kiedy w marcu 2007 roku rozkazali strzelać do nielegalnych demonstrantów – nieuzbrojonych chłopów – w Nandigramie. To wtedy skończyła się pewna epoka.

Wtedy właśnie na scenę weszła ona: Momota Banerjee. Didi, starsza siostra, jak nazywają ją ludzie, a wybór pseudonimu nie jest przypadkowy – wymyślili go pewnie jej spece od wizerunku. Bo Momota może wygląda na bohaterkę, Siłaczkę, od 30 lat na barykadzie walki o sprawiedliwość, ale lubi też obnosić się ze swoim wizerunkiem Matki Bengalki. Kariera Momoty przypomina, co ciekawe, karierę niejakiego Andrzeja Leppera. Ma na swoim koncie blokady dróg, nielegalne demonstracje, starcia z policją,
strajk głodowy (26 dni!). Nigdy u władzy nie była, szczególnie na poziomie stanowym, ale ma pomysł na wszystko. W kampanii wyborczej rozdawała ludziom bezpłatne jedzenie i obiecywała wszystko od niższych cen paliwa po większe prawa dla walczących na północy nepalskojęzycznych separatystów. 

Specjalne powyborcze wydania gazet - wiadomo kto wygrał

I chyba nie chodzi nawet o to, że to Momota wygrała. To partia marksistowska przegrała. Bo stała się niekomunistyczna. A Bengalczycy mają ten sierp i młot schowane głęboko w sercach. Zagłosowali na Momotę, bo ona była bardziej komunistyczna niż komuniści. Gdy ogłoszono jej zwycięstwo wyszła przed siedzibę partii w Kalkucie i powiedziała: Dzisiaj wygrała demokracja. Trudno się z nią nie zgodzić. Czegoś, czego na pewno nauczono mnie przez 5 lat studiów politologicznych, to starej prawdy, że demokracja to taki system polityczny, w którym partie przegrywają wybory. I tym razem przegrali je komuniści. 


niedziela, 15 maja 2011

13ego w piątek skończył się świat

13ego w piątek Kalkuta rozgrzana była słońcem. 45 stopni w cieniu. Wszyscy wstrzymywali oddech. Czekali na godzinę ‘V’, jak mówiło się o niej. Victoria. W końcu każde wybory mają swojego zwycięzcę.
O 14. miasto zamilkło. Słychać było tylko trzeszczące odbiorniki radiowe i ryczące telewizory. Za 5 minut na ulicach pojawili się chłopcy ze specjalnymi wydaniami gazet.

Ogłoszono, że to koniec. Że policzono głosy. Że ostatnia komunistyczna enklawa świata upadła. 34 lat wybierane nieprzerwanie w demokratycznych wyborach władze marksistowskie indyjskiego stanu Bengal Zachodni nie wytrzymały próby czasu.

Patrzyłam w ekran telewizora popijając kawę i nie mogłam uwierzyć. Ci, którzy patrzyli w niego razem ze mną, też chyba nie mogli. Bo nawet jeśli przewidywano to od dawna, teraz dopiero stało się to naprawdę.
I nie stało się to w telewizji jedynie. W Indiach polityka toczy się na ulicy. W jednej chwili Kalkutę zalało morze zieleni, koloru zwycięskiej partii. Zielone tsunami zmiotło czerwoną twierdzę. I to był właśnie koniec. Kalkuta straciła swoją czerwień, a dookoła słychać było już nie słynne: Marxbadi, Lal Salaam! (Marksiści, Czerwone Pozdrowienie!), ale Momota Didi, Zindabad! (Niech żyje Momota, tzn. przywódczyni opozycji).

W Indiach władze stanowe (stany mają bardzo dużą autonomię, prawie jak kraje UE) wybiera się co 5 lat, a wybory trwają 6 tygodni. Towarzyszyłam Bengalowi przez 2 ostatnie tygodnie. Przez ten czas podziwiałam polityczny jarmark, który opanował indyjską prowincję. W Bengalu frekwencja osiąga 85 procent i w politykę zaangażowani są wszyscy. Każdy mały sklepik z herbatą jest mikro komitetem wyborczym. Każdy obnosi się ze swoją afiliacją polityczną.

Gdy ogłoszono wyniki wyborów, pojechałam najpierw do dzielnicy Hazra, pod siedzibę zwycięskiej partii, a potem na północ miasta, która zawsze była bastionem marksistów. I tam czuło się tę atmosferę porażki, końca, upadku. Sklepy były pozamykane, puste ulice. Bo kiedy trwa kampania jest to prawdziwe święto demokracji. Każdy ma równe szanse. Każdy może obnosić się ze swoją czerwienią (lub zielenią). Ale kiedyś wreszcie musi nadejść ten dzień. Kiedy impreza się kończy, a zwycięzca jest tylko jeden i w tej okrutnej w rzeczywistości walce, ktoś musi odejść.

I chociaż rozumiem kontekst polityczny (o nim w kolejnym wpisie) było mi żal, gdy opuszczałam to miasto dzień po ogłoszeniu wyników. Bo dla mnie to były wyjątkowe 5 lat, od poprzednich wyborów, które przeżyłam razem z Kalkutą i przez rok w samej Kalkucie. I w zasadzie powinnam mieć prawo głosu tutaj, a nie w Polsce. Lubiłam odchodzącego premiera, marksistę, którego nazywałam misiem Koalą. Nienawidziłam Momoty, populistki, liderki opozycji, która była grubą i okropną Bengalką. A ostatnio usłyszałam jej najnowszy pseudonim: Momo (czyli tybetański pierożek).
Tak więc dla mnie to Miś Koala przegrał z Pierogiem.

Żegnałam Kalkutę 14. maja. Było to szczególne pożegnanie. Nie wiem do jakiego miasta wrócę. Czy Kalkuta zapomni na zawsze o sierpie i młocie? Czy tylko mi się wydawało, że to jest niezbywalna część jej tożsamości? Czy Kalkuta może nie być czerwona? Cóż, zamiast płakać za Kalkutą, której już nie ma, wypada mi zaufać moim bengalskim rodakom. Że dokonali słusznego wyboru.

Miasto należy do zwycięzców

piątek, 6 maja 2011

Mapy

Wyobrazcie sobie, jakby to bylo przejsc sie po Warszawie z mapą Berlina. Takie eksperymenty robili podobno przedwojenni futurysci. Jest to cwiczenie umyslu podobne do tego, ktore spotkalo mnie, gdy po raz kolejny przyjechalam/wrócilam do Kalkuty. Z zuchwaloscią Polaka powracającego po latach z Chicago, udawalam, ze wszystko pamietam i chodzilam po miescie bez mapy.

Jeden dzien wystarczyl, by zorientowac sie, ze mój blędnik nie dziala juz jak kiedys. Mój blędnik kalkucki. Skrecam z uliczki w uliczke, ale nie jestem pewna, czy to tu. Tu byla kiedys cukiernia. Przeciez moze jej juz tu nie byc. Wysiadam z metra. Tak, musze isc do tego wyjscia. Nerwowo spoglądam na strzalki i oznaczenia. Kiedys wychodząc z metra myslalam o nieodrobionej pracy domowej na zajęcia z bengalskiego albo o planach na wieczór. Nie o strzalkach.

4 lata. Idę na pamięc. Ale na jaką pamiec? Te schowaną gdzies glęboko, zakopaną pod milionem warstw mulu informacyjnego? Dla zasobów pamieci 4 lata to prawie jak odkopywanie szkieletu mamuta. Wszystkie mapy nakladaja się na siebie. Katmandu, Warszawa, Kalkuta. W majakach zagubionej pamięci chodzę po tych wszystkich miastach jednoczesnie.

Drugiego dnia wybralam się do swiatyni bogini Kali na przedmiescia Kalkuty, ale w Katmandu tez mamy swiatynię Kali za miastem. Nazywa sie Dakszinkali. Stoję wiec na przystanku autobusowym (pamiętam, ze stąd odjezdzają autobusy do swiatyni) i pytam kondaktarow o Dakszinkali. Slyszę: nie. nie. Az wkoncu jakis geniusz jezykowy pyta mnie: Chodzi ci  Dakszineswor? No tak, przeciez swiatynia w Kalkucie nie nazywa się Dakszinkali.

Siedzę w autobusie do Dakszinesworu i patrzę na to miasto. Czy kiedys zapomnę te wszystkie nazwy, twarze sklepikarzy, kolory szyldow, numery autobusow? Chcialabym móc zeskanowac mapy tych miast, ktore byly moim domem i schowac je gleboko w zlotej klatce mojego umyslu.

A tymczasem chodzę po Kalkucie silując sie ze swoją pamięcią.

piątek, 29 kwietnia 2011

Szukając tygrysa wylegując się w hamaku

Jeśli gdzieś na świecie jest miejsce, gdzie każdy przybysz, bez względu na kraj pochodzenia i zasobność portfela, może poczuć się jednocześnie jak król, XIX-wieczny arystokrata, który wybrał się na polowanie, jak Indiana Jones, prawdziwy odkrywca czy jak dobrze zaopiekowany wczasowicz to miejsce jest właśnie w Nepalu:

Welcome to Chitwan National Park!



Ostatnio pojechałam tam po raz drugi – tym razem z Olą, która przybyła z Bangladeszu. Wcześniej z moją Mamą w październiku. W lutym z mojego polecenia pojechała tam Agata z bratem. „Come as a guest, depart as a friend” – słynne motto dobrze oddające charakter nepalskiej gościnności, która przeniosła się do branży turystycznej. Tym razem wracałam więc jako przyjaciel, nie jako gość, ze wszystkimi honorami. Nie tyle do Parku Narodowego Chitwan, co do ośrodka Chitwan Gaida Lodge, który jest czymś więcej niż hotelem, ośrodkiem wczasowym z restauracją. Już tam mamy wrażenie, że jesteśmy w Parku Narodowym. Mieszkamy w bungalowach, w otoczeniu bananowców i innych drzew i roślin, dokładnie oznaczonych niczym w żyjącym ogrodzie botanicznym. Jemy także w ogrodzie przy stoliczkach z parasolami.

Jednak przygodę w Chitwanie zaczynamy, gdy jeep podjeżdża, by odebrać nas z dworca autobusowego. Podwozi nas pod sam ogród, tak że już po przejściu 5 metrów możemy spocząć w hamaku lub na leżaku i napić się drinka powitalnego, który nie jest niczym więcej niż dobrze schłodzonym napojem pomarańczowym. Gdy odpoczniemy zaopiekuje się nami czarująco taktowny i skromny Pan Menadżer potrafiący jak nikt inny w jednej chwili zorientować się, z kim ma do czynienia. Zaproponuje nam program rozrywek na cały pobyt i wtedy nikt nawet nie podejrzewa, że będzie to oznaczać dyskretną opiekę 24 godziny na dobę, a nasze problemy przez te 2-3 dni będą się sprowadzać do wyboru dań z menu.

A rozrywek do wyboru mamy co nie miara. Każdy wyjedzie zadowolony: i zmęczony miastem wczasowicz, który wybierze przejażdżkę na słoniu czy wycieczkę rowerową i miłośnik przyrody, który jest gotowy 12 godzin spędzić w puszczy na tropieniu tygrysa i obserwacji ptaków (patrz: moja Mama). Nie myślcie jednak, że Chitwan nie zmienia ludzi. Nepalscy eksperci od turystyki (którzy rzemiosła uczyli się co ciekawe jedynie metodą prób i błędów), są w stanie zainteresować obserwacją ptaków nawet najbardziej zatwardziałego mieszczucha, nie mówiąc już o wspaniale zorganizowanym ‘mrożącym krew w żyłach’ tropieniu tygrysach, które przywodzi na myśl cyrkowe wyczyny – niby wiesz, że to niebezpieczne i przerażające, ale też wiadomo, że nic się nie stanie i zakończymy dzień uśmiechem satysfakcji, że tygrys nas nie zjadł (choć było blisko!)


I kiedy zmęczone kilkoma godzinami na rowerze wróciłyśmy z Olą z przejażdżki, oczywiście spoczęłyśmy w hamaku. Naturalną koleją rzeczy zaraz pojawił się Pan Menadżer upewnić się, czy nam się podobało i czy....nie zaprowadzić naszych rowerów do wypożyczalni. No jakże mogłybyśmy to zrobić same. Zaraz znalazł się jakiś pracownik ośrodka, który z uśmiechem na twarzy zajął się rowerami, żebyśmy mogły popijać colę, kołysać się w hamaku i żartować z Panem Menadżerem, który czarował nas dowcipami i komplementami.


Jak z rzeki pełnej krokodyli i ptaków o tak długich, że aż niewymawialnych nazwach można zrobić turystyczny hit? Jak można sprawić, że moja Mama, która przyjechała tam zobaczyć tygrysa, jednak się cieszyła, że po wielogodzinnej przeprawie przez chaszcze jednak go nie spotkała? Jak ze sztucznej przecież gościnności można stworzyć prawdziwą? (W końcu gdy wracałam po pół roku wszyscy pracownicy mnie pamiętali;) Pewnie nie jeden kraj mógłby się od nepalskich ekspertów wiele nauczyć!


Pan Menadżer nazwany przez nas Panem Romantykiem

P.S. Ogłaszam przy okazji, że znikam na 2 tygodnie, by tropić tym razem nie tygrysa, ale komunistów w Kalkucie i okolicach!

wtorek, 26 kwietnia 2011

Kwestia wiary

Trzy tygodnie temu wszystkie stacje radiowe nadały, że hinduski przywódca religijny Sai Baba jest chory. Taksówkarze stawali nagle na środku ulicy, żeby pogłośnić odbiorniki. W autobusach zamiast muzyki słuchano wiadomości – w tym kraju zmęczonym politycznym impasem to rzadkość.

O umierającym Sai Babie rozmawiano w domach, na ulicach, w sklepach i na uniwersytecie. Tydzień potem zapytałam spontanicznie moją znajomą, której nie podejrzewałabym o szczególną miłość dla kontrowersyjnego guru: Sai Baba to w końcu umarł czy nie? Spotkało mnie mrożące spojrzenie:
Nie, on żyje. No tak Sai Baba nie może umrzeć, tylko jest chory. Sam przewidział przecież, że umrze w wieku 93 lat. A wyczytał to sobie pewnie z ręki – palmiści, czyli astrologowie czytający przyszłość z linii papilarnych, traktowani są tu poważniej niż wykształceni na Zachodzie lekarze.

Ale Sai Baba wciąż leżał w szpitalu. I w ostatnią niedzielę jednak umarł. Jakieś 7 lat przed terminem. Ten błąd w obliczeniach został mu nagle zapomniany, podobnie jak innej jego grzechy. Nigdy nie rozumiałam do końca fenomenu Sai Baby, jednak jego nagła śmierć postawiła mnie przed trudną próbą zastanowienia się nad nim, kiedy pół miliarda ludzi modliło się o jego zdrowie.

Kim była ta dziwna postać z czarną czupryną, zawsze obowiązkowo w długiej szafranowej szacie? Dla milionów swoich wyznawców Sai Baba był bogiem. Oprócz przekazywania mądrości życiowych budował szkoły i szpitale, pomagał biednym. Jednak niewielu, którzy patrzyli na to szaleństwo religijnej gorączki z daleka, oskarżało go o molestowanie dzieci, przeprowadzanie wyznawcom prania mózgu, czy wreszcie o naużywanie funduszy pochodzących z datków. Nigdy nie został oficjalnie skazany przez sąd, a wszyscy zastanawiali się, czy sam sędzia sekularnego państwa indyjskiego nie był przypadkiem wyznawcą tego żyjącego boga. 

Gdy umarł, miliony pośpieszyły do jego wioski, by złożyć mu hołd. Wśród nich inny bóg Indii – krykietowy idol Sachin Tendulkar, gwiazdy Bollywood i politycy na czele ze spadkobiercą słynnej dynastii Rahulem Gandhim. W ponad tysiąckilometrową podróż wyruszyli też wierni z Nepalu.Wszyscy modlą się o to, by w ciągu dwóch dni, które pozostały do kremacji, Sai Baba....zmartwychwstał!!!

Jednak Sai Baba był tak kochany być może nie dlatego, że był bogiem, ale dlatego że był człowiekiem o statusie boga. Ze wszystkimi małymi  i wielkimi grzeszkami, z zamiatanymi pod dywan błędami młodości. Był dobry i zły. Był religijnym przywódcą, ale i sprytnym biznesmenem. Był człowiekiem sukcesu wreszcie. Był jednym z nich, a jednocześnie ponad tym światem doczesnym. Ponad tymi wszystkimi, którzy rządzą Indiami – ponad mafią i polityką, ponad Bollywoodem i krykietem. Ponad każdym prawem. Oprócz prawa życia i śmierci. 

wtorek, 12 kwietnia 2011

Na mózg, na AIDS, na długie życie

Ostatnio postanowiłam zdrowo (zdrowiej;) się odżywiać i zacząć od zmiany najprostszego nawyku: picie zielonej herbaty zamiast kawy (do której zawsze obowiązkowo, zgodnie z tutejszym zwyczajem, muszą być przecież herbatniki...). Kupiłam herbatę w takim ładnym drewnianym pudełeczku i trochę ze względu na to pudełeczko. A już po fakcie zauważyłam, że widnieje na nim napis: Zielona herbata – sekret długiego życia. Niezła reklama, w kraju, gdzie łatwiej jest zginąć w wypadku drogowym, przy porodzie albo zarazić się HIV w publicznym szpitalu niż dożyć choćby siedemdziesiątki.

Nepalczycy jak Polacy lubią rozmawiać o zdrowiu i popisywać się swoją rozległą wiedzą na ten temat. Tylko te pomysły, jak żyć zdrowo i długo, są trochę inne...Oto kilka z moich ulubionych tutejszych mądrości, tzw. ludowych:
-         pijąc jogurt na śniadanie można się przeziębić, więc nabiał tylko wieczorem po obiedzie...hm...zaczynając dzień o dahi (czyli miejscowego jogurtu, co go można kupić w mleczarni, od pana z misy, a nie w plastiku) narażam się na lamenty mojej nepalskiej mamy.
-         Inne zastosowanie jogurtu, tym razem mądrość z Kalkuty, to leczenie...przeziębienia właśnie...poprzez nakładanie zimnego jogurtu na gardło...
-         Stosowanie tabletek przeciwbólowych niszczy organizm i, jak usłyszałam od jednej kobiety, prowadzi do bezpłodności, a przynajmniej do problemów z ciążą/urodzeniem dziecka. Ibuprofen, ulubione pigułki Polaków na każdą okazję, to trucizna – uważa się tutaj powszechnie!
-         Jedzenie dużej ilości przypraw poprawia cerę – czyli dokładnie przeciwnie niż myśli się w Polsce. Ale logikę nepalską rozumiem: przyprawy, działanie antybakteryjne, szybsza cyrkulacja krwi, czysta skóra.
-         Ciepła woda niszczy włosy....gdy to usłyszałam przypomniałam sobie mycie głowy w nepalską zimę, woda 1 st. powietrze 5 st., i myślę: propaganda! Żeby ludzie tu nie myśleli, że żyją w biednym kraju – nie, oni celowo unikają ciepłej wody, dla zdrowia. Zastanawiałam się kiedy ktoś mi powie, że odcięcia prądu po zachodzie słońca poprawiają wzrok na przestrzeni lat...bo już w to nie uwierzę. Ale w ciepłą wodę jestem w stanie.
-         Na opisanie wszystkich mądrości żywieniowych owocowo-warzywnych nie starczyłoby tu miejsca – każdy tu wie, co na co jest dobre, to na włosy, to na skórę, to na wątrobę. To trzeba jeść zimą, to latem. Np. ogórki  latem, dlaczego? Większość nie wie dlaczego, ale i tak to robi, na tym polegają mądrości ludowe. A odpowiedź naukowa też jest: bo uzupełniają tracone szybko latem sole mineralne!

Wrażliwość Nepalczyków na kwestię zdrowia wykorzystują nowocześnie spece od marketingu i tak od mądrości ludowej przechodzimy do mądrości marketingowej – i jedna i druga równie proste. Szczytem szaleństwa są zupki instant poprawiające koncentrację oraz...herbatki na mózg :) Bo kto zrozumie, jeśli na pudełku napiszemy: zawiera żelazo i magnez. Lepiej napisać: Dobre na mózg!

Wracając na koniec do mojej zielonej herbaty. Oczywiście jestem już pewna, że będę długo żyła. Stosuję ją od
2 tygodni, a pudełko jest bardzo pojemne. Ale na opakowaniu widnieje też jeszcze inna adnotacja: Zielona herbata jest używana w leczeniu AIDS. Tak w razie gdyby jednak mnie zarazili podczas standardowej wizyty w publicznym szpitalu. Długie życie gwarantowane. Tylko w Nepalu.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Chrystus na końcu świata

„Z okazji Wielkiego Postu zapraszamy na spacer i piknik do Champadevi. Starujemy w sobotę o 10. w Hattibun.”

Takie ogłoszenie zawisło w ostatnią niedzielę na Kościele Wniebowzięcia w Katmandu. Pod ogłoszeniem lista chętnych. 30 osób się już zapisało. Stoję przed tablicą ogłoszeń i wciąż nie mogę uwierzyć. Kościół katolicki, jedyny w Katmandu, organizuje wycieczkę na górę niedaleko miasta, na której szczycie znajduje się Champadevi, czyli....świątynia hinduska!!! Piknik, Wielki Post, bogini Champa, Jezus Chrystus.

Witamy w Nepalu, kraju tysięcy bogów, 4 wielkich religii, i wielu mniejszych, gdzie słowo ortodoksja, czystość, podział religijny tracą swoje znaczenie. Gdzie buddyzm jest bardzo hinduski, hinduizm buddyjski, chrześcijaństwo dziwnie buddyjsko-hinduskie, a gdzieś tam jeszcze krążą muzułmanie, żyjący sobie spokojnie na marginesie religijnej mozaiki. Czym dalej od miast robi się ciekawiej. Dochodzą szamani, bóstwa animistyczne, siły nadprzyrodzone. Góry są bogami, a w drzewach mieszkają duchy przodków.

Wracając jednak do kościoła w Katmandu. Jest to miejsce niezwykłe. Nawet w sferze wizualnej. Wierni i ksiądz siedzą na ziemi. Ołtarz jest więc nisko. Zespół/schola śpiewa rock&rollowe piosenki, które chodzą człowiekowi po głowie cały dzień. Śpiewa się dużo i głośno. Na koniec w amerykańskim stylu ksiądz stoi przed kościołem i mówi „Good morning”.

Wycieczka z okazji Wielkiego Postu to tylko kulminacja wielu innych wydarzeń, które Europejczycy uznaliby za szalone. Nadmienię tylko, że w samym Wielkim Poście mieliśmy już ogłoszenia parafialne: „Proszę nie przynosić własnego jedzenia na spotkania rekolekcyjne – Kościół zapewnia przekąski i napoje”. Numerem jeden jednak wciąż pozostaje dekorowanie terenu kościoła przed Bożym Narodzeniem: zachęcamy do pomocy, dekorowanie potrwa 5 dni. Dziwi się przybysz dlaczego tak długo, a potem prawie ślepnie, tak wszystko się świeci i błyszczy. Nie może też uwierzyć, jak można prowadzić pasterkę w dwóch językach. Można. Kolędy śpiewa się w kolejności: jedna zwrotka po nepalsku, jedna po angielsku itd. A na pasterce tłum straszny – ambasadorowie i inni ekspaci mieszają się z paniami w sari i rozkrzyczanymi nepalskimi dziećmi.

Ostatnio jednak zostałam też jednak zaskoczona bardzo teologicznie, a nie tylko kulturowo-estetycznie. W którąś z ostatnich niedziel wysłuchaliśmy czytania o Samarytance, od której Jezus przyjął wodę do picia. Tu, gdzie dominuje hinduizm oparty na idei hierarchii w zależności od czystości rytualnej, wzięcie z rąk obcego, bez względu na jego pochodzie, wody lub jedzenia jest aktem otwartości lub odwagi. W kazaniu ksiądz bez cienia wątpliwości na twarzy opowiadał więc, że historia Samarytanki to opowieść o dyskryminacji etnicznej i społecznej, o równości wszystkich ludzi, o której naucza Chrystus, o nadziei na godne życie dla każdego. I tyle. Koniec. Myśleliście, że przypowieści biblijne mają znaczenie symboliczne, a nie dosłowne? O tym ksiądz nie wspomniał.

Nie szokuje mnie to już. Tutejszy kościół przełamuje wszystkie stereotypy i czasem jest tak daleki od europejskich, a szczególnie polskich wyobrażeń i przyzwyczajeń, że zmusza do refleksji. Każe nam zadać sobie ponownie to fundamentalne pytanie: o co w tej religii chodzi? Europejczycy tak bardzo strzegą czystości i prawdy, że często zapominają, że ludziom nie chodzi o prawdę zawartą w teologicznych rozprawach, ani o czystość, która nie pozwala nam szanować naszych sąsiadów i przyjaciół. Tutaj w święta hinduskie modli się w kościele za hindusów: o zdrowie i pomyślność. A prawda jest prosta. Zapytajcie nepalskich katolików, o co chodzi w chrześcijaństwie, a nie będą Wam opowiadać o Świętym Tomaszu, o walce o krzyż pod Pałacem Prezydenckim czy o Radiu Maryja. Chodzi o pokój, miłość i równość w różnorodności. I o uśmiech. Tutaj w kościele uśmiecha się częściej. W tym kraju biedy, dyskryminacji i niedawno zakończonej wojny.


Tradycyjnie ubrany Nepalczyk wychodzi ze świątyni Swayambhu w Katmandu, która należy oficjalnie do dwóch wspólnot religijnych: hinduskiej i buddyjskiej.

Annapurna i Sagarmatha (czyli Mount Everest) - obie góry są boginiami.

Plakat z Buddą, Kryszną czy sercem Chrystusa? Wszystkie równie kolorowe.