środa, 29 czerwca 2011

Udało się!






Kończę ten pamiętnik z końca świata. Jak widzicie Końce Świata z czasem stają się tak znajome, że zamiast Końcem Świata nazywamy je Domem. Mam nadzieję, że dzięki temu pamiętnikowi Wam też ten jeden z Końców Świata stał się trochę bliższy. Tak jak egzotyczne kiedyś słówko kiszmisz jest teraz dla Was najzwyklejsze na świecie.  

Bo to był właśnie kiszmisz,
czyli opowieść nie do końca o rodzynkach.





P.S. Ale wiem, że mój nepalski profesor miałby mi też za złe, że nie kończę jego ulubionym cytatem. Więc tak już naprawdę na koniec:
Świat jest księgą. Kto zostaje w domu, czyta wciąż tylko pierwszą stronę (Sw. Augustyn;). To dla Was – z życzeniami dalekich podróży!

niedziela, 26 czerwca 2011

Monsunowe Wesele

Coś, co można bez wątpienia powiedzieć o mojej jedynej chyba ostatecznie nepalskiej przyjaciółce, czyli Sreyasie, to to że jest cool. Głupi to przymiotnik, ale pasuje do tej wykształconej w Kanadzie dziewczyny, która mimo że jest w moim wieku, jeszcze nie jest mężatką, a też nikt jej nie traktuje jak starą pannę. No właśnie, bo rodzina Sreyasy też jest cool. I taki jest też jej brat Rishi, na którego ślubie wylądowałam wczoraj. Tak, mogę to chyba stwierdzić bez cienia wątpliwości – wszystkie panny Katmandu straciły najwspanialszego kandydata na męża ;) Bo Rishi to Rishi, ale zostać częścią takiej rodziny, to naprawdę w Nepalu rzadkość.



Ale od początku. W piątek zadzwonił telefon. Odebrałam w mikrobusie, nic nie słyszę. Ślub? Jutro? 8. rano? Aż musiałam wysłać do Sreyasy smsa, żeby się upewnić. I niecałą dobę później tańczyłam w ślubnej procesji, ktora szła przez ulice zalane monsunowym deszczem. Ślub jak ślub, 6 godzin rytuałów hinduskich, ale przy okazji niezła zabawa. Na tym polega chyba ślub, chociaż po doświadczeniach kalkuckich nie byłam pewna.

To było prawdziwe hinduskie wesele. W wielkim domu, dziesiątki wujków, cioć i kuzynów, każdy krzyczy głośniej niż ten poprzedni. Gra muzyka. Dziewczyny w pośpiechu poprawiają makijaż, a zamężne ciocie rządkiem zasiadają na kanapach w salonie, wujkowie gadają w kuchni. Taki cudowny nieporządek. Taniec, deszcz, brzdęk bransoletek i śmiech do łez. Zakumplowałam się szybko z kuzynami, którzy studiują w Stanach, i mieliśmy niezłą zabawę w tym weselnym kiszmiszu. Oni też byli cool.

I tak na ten jeden dzień stałam się trzecioplanową bohaterką filmu Monsunowe wesele. I nawet gdybym się przygotowywała do tego od miesięcy i tak wszystko od fryzury i makijażu po plany założenia sari zepsułby deszcz. Ale za to też kocham Nepal – tu nigdy nie wiesz, kiedy wydarzy się coś zaskakująco cudownego :)




P.S. A w przyszłą sobotę cześć druga, tak już całkiem na pożegnanie z tym krajem!

niedziela, 19 czerwca 2011

Mój kraj

Tam,
gdzie księżyc zstępuje uśmiechnięty, by spotkać Ziemię
pokrytą białymi płatkami w tę noc śnieżną.
I widzi ją roześmianą, radosną,
a potem powraca szczęśliwy do nieba.

Tam,
gdzie kwiaty brzoskwini kwitną na policzkach ludzi,
dwanaście miesięcy w roku.

Tam,
gdzie nawet w najczarniejszą noc,
białe szczyty oświetlają nasze podwórka.

Tam,
gdzie siła tajfunu,
jest w każdym małym strumyku.

Tam,
gdzie jak raz przyjdzie wiosna,
to zapomina odejść.

Tam,
gdzie Himalaje pochylają się leciutko,
by ogrzać sobie kark,
w cieple najczystszych promieni słońca.

Jak daleko bym nie podróżował,
Mój kraj zawsze powraca w moich marzeniach.


Zastanawiałam się, czy ten wiersz wymaga komentarza. Chyba nie i dlatego to nim kończę poetycką trylogię o Nepalu. Jest on bardziej nepalski nich żaden inny, jest niesamowicie prawdziwy, bo opowiada o tym kraju tak, jak opisują go jego mieszkańcy. Jest wreszcie prostym, ale jednocześnie najpiękniejszym wyznaniem miłości do kraju, jakie kiedykolwiek słyszałam.

Dane mi było być tu imigrantką. Nietypowy obrałam kierunek. Nepalczycy to naród emigrantów. Tysiące wyjeżdża rocznie do pół-niewolniczej pracy w krajach Zatoki Perskiej, Malezji czy Japonii. Wyjeżdżają, bo wiedzą, że tam, gdzieś daleko, żyje się i zarabia lepiej. I godzą się niekiedy nawet na największe poniżenie, bo chcą być jak inni. Jak Europejczycy, albo chociaż Hindusi. Byłam kiedyś na pokazie filmu dokumentalnego o nepalskich emigrantach. Film o kobiecie, która zostawiła męża i dziecko, by pracować w Emiratach, a oni wciąż żyją w himalajskiej wiosce. Na koniec patrzymy na jej małego synka, a reżyser pyta ojca, kim chłopiec będzie, jak dorośnie. Będzie mnichem buddyjskim. – odpowiada dumny ojciec. Tak, bo jak daleko by nie podróżowali, jak inni nie chcieliby być, ich marzenia są zawsze tam. Wysoko, wysoko. W tym być może utraconym na zawsze raju.

I jeśli coś pozostanie we mnie z tej nepalskości, to ta tęsknota za rajem. Bo gdziekolwiek bym teraz nie podróżowała, one zawsze będą w moich marzeniach. Himalaje. Bo chociaż tyle jest powodów, żeby tego kraju nie lubić, nie sposób też go nie kochać. Może ostatecznie jednak to także jest Mój Kraj.


niedziela, 12 czerwca 2011

Moje miasto a w nim...

 "Moje podwórko" (Mero ćok)

Oto moje podwórko.
Czegóż tu nie brakuje? Wszystko jest.
Niezliczone choroby,
Niekończący się głód,
Bezgraniczny smutek,
Tylko radości nie ma.
Tutaj jest zakazana.

Moje podwórko jest przy wąskiej uliczce.
Czegóż tu nie brakuje? Wszystko jest.
Ludzie stworzeni przez bogów.
I bogowie stworzeni przez ludzi.
Tutaj jest miejsce dla wszystkich.
Jedni i drudzy jednak są pozbawieni nadziei.
Ludzie – zżerani w nocy przez pchły,
a w dzień przez pieniądze.
Bogowie, których nikt nie wielbi,
nikt im nie pada do stóp.
Ludzie i bogowie żyją tu razem,
przeklinając się nawzajem.
Potykając się o siebie,
rozbijają sobie głowy.

Moje podwórko jest przy wąskiej uliczce.
Czegóż tu nie brakuje? Wszystko jest.



„Mero Ćok” to wiersz o Katmandu. Mieście, o który mówi się, że bogowie mieszkają tu razem z ludźmi. Na każdym skrzyżowaniu jest świątynka albo święte drzewo. I to jest właśnie to nieprzetłumaczalne słowo ćok w tytule. Bo tak naprawdę ćok to nie jest podwórko, ale też nie jest to skrzyżowanie w europejskim tego słowa znaczeniu. Takie szczególne miejsce w asymetrycznym labiryncie Katmandu, gdzie spotyka się kilka wąskich uliczek. Gdzie wieczorami panie handlują warzywami. I gdzie na środku mieszka bóg, ale niewielu o nim pamięta. Mijamy go nie patrząc nawet, mijamy go jadąc mikrobusem, motorem, rowerem. Szybko. Bo takie jest współczesne Katmandu. Niewiele ma w sobie z tego nepalskiego, buddyjskiego spokoju.

Katmandu cierpi na ten kompleks – kompleks nienepalskości. Że nie jest już Nepalem. Jego mieszkańcy, w 90 procentach przyjezdni, mówią często: Katmandu to nie Nepal. A może jednak Nepal – w końcu jesteście tu Wy wszyscy, zgromadzeni z własnej woli, ludzie z wysokich gór i z zielonych nizin, ze wschodu i z zachodu tego wąskiego, długiego paska na mapie z napisem Nepal. Żyjecie obok siebie, a jednak zamknięci w swoich domach, nieufni, obcy. Krążący w ciemnościach, przy braku prądu, po ulicach, które oświetlają tylko światełka zapalane przy świątynkach. Więc może jednak bogowie wciąż tu mieszkają. Mimo że przeklinacie się nawzajem, Wy i to niekochane miasto.



P.S. Gdyby do Nepalu dotarł kiedyś hip-hop, to piosenka ze słowami tego wiersza byłaby zapewne hitem!

niedziela, 5 czerwca 2011

ONI

"MY"
Jak wysoko byśmy się nie wznieśli,
Jak długo byśmy nie biegli,
Jak głośno byśmy nie krzyczeli,
Jesteśmy tylko kroplami wody,
Małymi kroplami,
Zrodzonymi przez słońce, by być chmurami.
Krążymy, wystawieni na żądania wiatru
I myślimy, że jesteśmy wolni.

Jakbyśmy nie wyglądali na wysokich i wielkich,
Zawsze kurczymy się od środka,
Nasza wielkość jest fałszem, iluzją.
Stłoczeni na tej maleńkiej wysepce poniżenia,
straciliśmy pamięć,
zapomnieliśmy o swoim dawnym rozmiarze,
o tym, jak wygląda normalny człowiek.
Więc kiedy zwykły człowiek,
Taki Guliwer z opowieści,
Przypłynie, żeby postawić nogę na wyspie naszych wyobrażeń,
Patrzymy zdziwieni,
Patrzymy i nie wierzymy.
Zaczynamy modlić się do niego, tego zwykłego człowieka,
Myśląc, że jest wielki.
Bo jak bardzo nie wydawalibyśmy się wysocy,
Głęboko w środku jesteśmy puści,
Jesteśmy Liliputami,
Jesteśmy karłami.

Nigdy nie potrafimy spotkać się na własne życzenie,
Ktoś musi nas zgromadzić.
Nie potrafimy dokonać między sobą podziału,
Ktoś musi nas podzielić,
Nie potrafimy żyć tak, jak chcemy,
Ktoś musi nami rządzić, prowadzić nas naprzód.

Jesteśmy odważni, ale głupi,
Głupi, ale i bohaterscy:
Może gdybyśmy nie byli głupi, nie moglibyśmy być odważni.

Jesteśmy zupełnie niczym,
Więc może jednak czymś jesteśmy.
Jesteśmy niczym, nigdzie.
Więc może jesteśmy czymś, gdzieś.
Nie żyjemy.
Ale może udało nam się przetrwać.


Jakiś czas temu odkryłam z żalem, że o Nepalczykach trudno powiedzieć, jacy są. Są 25-milionowy zbiorowiskiem, mówiącym setką języków, wyznającym przynajmniej 4 religie (w tysiącu odmianach), zamkniętym na kontakty poza kręgiem rodziny czy wąskiej społeczności. Ale jednak żyłam tu prawie rok z nimi i wśród nich. Więc może powinnam potrafić powiedzieć, jacy są.

Którego dnia, jako znana miłośniczka literatury pięknej, kupiłam spontanicznie w księgarni pewną książkę. I to ona dała mi odpowiedź na to pytanie. A w zasadzie dał mi tę odpowiedź on - Bhupi Sherchan. Zaskoczona odkryłam, że najlepiej charakter swoich rodaków i prawdę o tym kraju uchwycił poeta tworzący 50 lat temu!

Ten wpis przedstawia pierwszy z trylogii wierszy o Nepalczykach, którymi podzielę się z Wami w tym miesiącu, moim ostatnim miesiącu w Katmandu. I może te wiersze Was zdziwią. Bo Nepal nie kojarzy się ze smutkiem, a na pewno nie z melancholią i goryczą. Ale coś w tym kraju jest, z tej niewiary w postęp, w to że będzie lepiej, że możemy coś zmienić, że coś od nas zależy. Nepalczycy, choć są z pozoru ludźmi zawsze uśmiechniętymi, mają w sobie wiele goryczy. Fatalizm. Gdzieś tam zrodzony przed wiekami, wyssany z mlekiem buddyjskiej tradycji, która chociaż uczy pokory, uczy też pogodzenia się tym, jak jest.

Ten fatalizm jest częściowo produktem nowych czasów, które wyrwały to małe królestwo przykryte mgłą Himalajów ze swojego dawnego rytmu życia, i kazały mu być państwem nowoczesnym, za wzór zachodni. Jednak ta nowoczesność oznaczała tyranię postępu, rozwoju, ekspansji. Nie pasowała do nich. Bo cała ta pogoń za zmianą, próba wytworzenia jednej nepalskiej tożsamości, tylko pogrążyła ich w przekonaniu, że oni nie potrafią być tacy, jak być powinni.

Ale powrót do raju utraconego, kiedy Nepal był odciętym od świata zbiorowiskiem plemion, ludów gór, jest niemożliwy. Mimo że było tak jeszcze 250 lat temu. Być może w praktyce było tak jeszcze 50 lat temu, bo dopiero wtedy do Katmandu przyleciał pierwszy samolot, a dopiero 30 lat temu wybudowano drogę asfaltową łączącą dwa główne miasta kraju. Nawet dziś jedna czwarta kraju to rejony górskie, do których można jedynie dojść albo dolecieć, a mimo to mieszkają tam ludzie.

Jeśli istnieje więc mentalność nepalska, jest ona połączeniem tego silnie zakorzenionego  fatalizmu, pogodzenia z siłami natury, tym że jesteśmy tylko kroplami wody, z aspiracjami do bycia narodem, państwem. Ten Guliwer w wierszu, co nie dla wszystkich jest może oczywiste, to król, który kiedyś podbił plemiona i ludy Himalajów, by stworzyć Nepal, a rządził silną ręką aż do 2008 roku. Ale ta metafora jest aktualna do dziś – Nepal utrzymuje się obecnie z pieniędzy zagranicznych darczyńców, którzy nieformalnie i z daleka, ale jednak pośrednio rządzą tym krajem i mówią mu, jaki ma być. Nowoczesny. Zachodni. Postępowy. I chociaż nie wszyscy są tego świadomi, tym, którzy są, trudno się pogodzić z tą spiralą zniewolenia.

I przy całym tym kompleksie niższości, słusznie mówi poeta na końcu: Nepalczycy są bohaterscy, są odważni, są silnymi ludźmi gór. Bo z zachodniego punktu widzenia niewiele osiągnęli, niewiele im się udało. Ale udało im się przeżyć - w cieniu ogromnych i surowych Himalajów.

niedziela, 29 maja 2011

Inny Świat

Do wczoraj nepalskie Zgromadzenie Konstytucyjne miało napisać konstytucję. Miało na to 3 lata. Nie napisało, więc... przedłużyło sobie kadencję. Kraj oczekiwał przez ostatni tydzień pogrążony w strajku generalnym. Autobusy nie jeździły, podpalano samochody, które wyjechały na ulice i sklepy, które otwarto. Chyba czas więc napisać, jak się żyje w Trzecim Świecie.

Nepal jest tzw. Trzecim Światem albo nawet Czwartym (o czym później) i to, że bieda nie jest tu tak widoczna jak w Indiach czy Bangladeszu  (bo nie śpi na ulicach) nie zmienia statystyk: Nepal jest tylko tragiczne dwa oczka wyższej niż Bangladesz na liście najbiedniejszych i pozostaje w oficjalnie stworzonej przez ONZ grupie 22 najsłabiej rozwiniętych państw świata.

O tym jak się tu żyje, już trochę pisałam przy okazji innych tematów. Wiecie już na przykład, że w porze suchej nie mamy prądu 16 godzin na dobę. Nie mamy też wody, naturalnie, ale ponieważ mieszkam w jednej z najlepszych dzielnic stolicy tego kraju, nie mieliśmy jej tylko kilka dni. Większość nie ma jej kilka miesięcy i biega do pomp i innych miejskich ujęć wody. W porze monsunowej mamy natomiast za dużo wody i drogi są blokowane nawet na kilka dni pod rząd przez lawiny błotne. To chyba oczywiste natomiast, że woda z kranu nie jest pitna nawet w wersji przegotowanej (cholera i tyfus to choroby narodowe). Dlatego trzeba kupować 20-litrowe baniaki. Ja narzekam jedynie na to, że muszę je sama tachać do domu. Większość narzeka, że musi za wodę pitną płacić.

Według statystyk Katmandu jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast Azji, pomimo niewielkich jak na kontynent rozmiarów. Powiedziałabym, że może nie o zanieczyszczenie tu chodzi, ale o pył, którym pokrywa się w porze suchej (6 miesięcy). Skutek: trzeba bez przerwy sprzątać mieszkanie i prać ubrania (ręcznie). No i jakoś sobie radzić, żeby nie powypadały człowiekowi wszystkie włosy, a stopy nie wyglądały, jakby należały do 60-latka. W rezultacie niesamowicie dużo cennego czasu poświęca się na syzyfowe prace w stylu ścieranie kurzu w pokoju, odmaczanie i czyszczenie stóp po całodziennym przebywaniu na mieście czy wcieranie olejków w skórę głowy. Ponieważ mieszkam tu tylko rok nie muszę się szczególnie martwić rakiem płuc czy astmą.

To takie sprawy przyziemne...czwarty świat ma dużo czarniejsze oblicze.

Zaczynając od najczarniejszej strony i parafrazując pewną polską piosenkę, można powiedzieć, że w nepalskich szpitalach ludzie umierają rzadko. Bo jest ich mało. Szpitali. Bo nie każdy ma w ogóle szansę skorzystać z ich usług chociażby raz w życiu. I zgodzę się: oni nie mają takiej potrzeby. Europejczycy ogólnie są słabsi fizycznie. Oczywiście że są. Bo nie przechodzą tej okrutnej selekcji naturalnej, jak dzieci tutaj. Większość moich znajomych to ludzie, którzy stracili część swojego rodzeństwa w dzieciństwie. Najbardziej skrajny przypadek to rodzina, która straciła trójkę dzieci z 9. Ale to dotyczy prawie każdego. I w sumie jest w tym coś przerażająco humanitarnego, bo przecież jeśli to słabsze dziecko dożyje nawet dwudziestki, to nagle przez ten czas nie poprawi się stan dostępu do szpitali. Więc może lepiej niech umrze jako dziecko, nie jako dorosły, na przykład osierocając dzieci. Jakby to nie była szokująca kalkulacja, ludzie tutaj zmuszeni są ją wykonywać. (System emerytur i rent nie funkcjonuje, a "służba zdrowia" jest płatna- to chyba oczywiste).

Jednak Nepal ma jeszcze jeden poważny problem: jak większość krajów gorszego świata cierpi na uzależnienie ekonomiczne od innych krajów. W tym przypadku wielkich braci mamy dwóch, czyli Indie i Chiny. Indie zabierają Nepalowi energię elektryczną, bo 60 lat temu dwa kraje podpisały idiotyczne porozumienie o współpracy gospodarczej, od którego Nepal nie może się do tej pory uwolnić. Nie ma prądu, więc nie ma przemysłu. Nepal nic nie produkuje, więc wszystko trzeba importować z zagranicy. Z Indii i z Chin. Koło niewolniczej zależności się zamyka. A jak nie ma przemysłu, to i pracy w miastach nie ma.

I gdzieś tam na końcu jest stagnacja polityczna, niemożliwość zbudowania nowego systemu politycznego po wojnie domowej i demokratycznych przemianach w 2006 roku. Budowanie nowego państwa nie przebiega tak, jak większość by chciała. Szybko. O jego kształt kłócą się nie tylko grupy polityczne, ale i społeczne, religijne, językowe, etniczne. Mamy więc często całodniowe strajki generalne zwane bandh. Całe państwo zamiera, a traci na tym branża turystyczna - jedyne źródło dochodu tego kraju.  Dlatego do Nepalu pasuje termin Czwarty Świat, stworzony dla zaklasyfikowania krajów, w których wielość grup etnicznych i językowych powoduje chaos i niemożliwość porozumienia. Tymczasem Nepalczycy żyją z traumą po konflikcie, w tej wiecznej tymczasowości.

Większość z moich znajomych narzeka. Albo narzeka i marzy, żeby wyemigrować. Kiedyś powiedziałam mojemu dobremu znajomemu: Ciągle narzekasz, zamiast coś zrobić. I nawet jeśli miałam trochę racji, miał on też pełne prawo odpowiedzieć mi: Mówisz tak, bo jesteś tu rok, jesteś tu z wyboru. Minie rok i możesz wrócić tam. A my będziemy tu na zawsze.

I kiedy narzekam w duchu próbując uprać ręcznie prześcieradło albo zasłony, przypominam sobie to zdanie. Tak, za miesiąc będę tam, z pełnym prawem decyzji, gdzie chcę żyć i co chcę robić. I może właśnie nie chodzi o to, że tam w Pierwszym Świecie mamy pralki do prania, a o to prawo wyboru.

5 lat po konflikcie, 3 lata po upadku monarchii tak wygląda nepalska demokracja (Napis głosi: "Wstęp wzbroniony". Drut kolczasty uniemożliwia obywatelom zbliżenie się do budynku parlamentu. Nigdzie wcześniej nie wiedziałam tyle policji i wojska co w Nepalu)

niedziela, 22 maja 2011

Po drogach, których nie ma

Europejczycy lubią mapy.
Lubią wyznaczać trasy i nimi podążać.
Lubią rozkłady jazdy.
Lubią cyfry i daty.

Ja też lubię. A przynajmniej do tej pory sobie nie wyobrażałam, że można bez tego podróżować. Bo przecież jest to całkiem oczywiste, że podróżuje się z punktu A do punktu B. Pokonując, dajmy na to, 500 km. Pociągiem nr W3041. Albo lotem nr AI423. Z paszportem nr BW06040293. Nie potrzebujemy już nawet mapy tradycyjnej. Podobno (!) wszystko jest na google maps.

A co jeśli starannie zaplanowana podróż zacznie się....od strajku pilotów linii lotniczych? Nic dziwnego, jutro jest 1 maja, Święto Pracy, wiadomo że Kalkuta strajkuje. Mamy do wyboru: czekać aż przeklęci indyjscy komuniści zakończą strajk (ale znamy ich za dobrze, żeby ich o to podejrzewać) albo wsiąść, jak każdy przeciętny Nepalczyk czy Hindus, w autobus do miasteczka granicznego o niewymawialnej dla obcokrajowca nazwie Kakarbhitta. Decyzję podjęłam szybko, bo ostatni dziś autobus miał odjechać za pół godziny. 16 godzin. Nocą po nieoświetlonych drogach południowego Nepalu. Jak już uda nam się z nepalskimi mrówkami przejść na piechotę tę dziurawą granicę (ok. 1km), znajdujemy się w Indiach. Z miasteczka Ranigunj, które ogranicza się do postoju jeepów i taksówek, transportujemy się do miasta Siliguri. Gdzie (a jakże, w końcu jest to podróż bez mapy i planu!) czeka nas 8-godzinne oczekiwanie na autobus do Kalkuty. Jeśli w towarzystwie rozwrzeszczanych bengalskich i nepalskich rodzin uda nam się zasnąć w autobusie, to za 12 godzin obudzimy się w miejscu docelowym. Po 40 godzinach. Udało się.

Ale był to dopiero początek moich podróży bez mapy. Bo jakże lepiej można oglądać wybory lokalne (a po to pojechałam do Bengalu Zachodniego) niż jeżdżąc tak po prostu po indyjskich bezdrożach. Spędziłam więc dzień ‘spacerując’ po Howrze (robotniczo-przemysłowe przedmieścia Kalkuty), a jak już zaczęłam się czuć niepewnie, poprosiłam rykszarza, żeby mnie zawiózł na ‘relłej steszan’ (railway station). I nagle wylądowałam na stacji kolejowej Liluah. Nazwę pierwszy raz słyszę. Ale pytam pierwszego lepszego człowieka, na który z dwóch peronów wjedzie kolejny pociąg w stronę Kalkuty. No i po godzinie na gapę dotarłam do miasta.

Następna wyprawa dotyczyła już jednak nie przestrzeni miejskiej, ale wiejskiej. 7. maja głosowanie przeniosło się do dystryktu Bankura (jest na google maps;), a ja dotarłam pociągiem do miasteczka Bishnupur. Obcokrajowca tam na pewno dawno nie widzieli, bo jak chciałam kupić bilet do kompleksu zabytkowych świątyń pan w kasie sprzedał mi bilet dla Hindusów (A jak ktoś cię zapyta, to powiedz, że wciąż studiujesz w Kalkucie – znajomość języka po raz kolejny czyni cuda, 100 rupii do przodu).

Mój punkt docelowy dnia kolejnego: Shantiniketan. Jednak wydostać się z Bishupuru nie było łatwo. Wszystkie autobusy wspomagały wybory i komisję wyborczą. Jedź do Bankury – radzono mi. A co, jadę! W końcu stolica dystryktu ;) Z Bankury też nie było autobusów do celu mojej podróży. Jedź to Durgapuru! – moja znajomość topografii Bengalu kończy się w tym momencie. Ale wsiadłam. Madam, dzisiaj z Durgapuru nie ma autobusu bezpośredniego, jedź do Ilam Bazar, a tam przesiądź się w autobus do Bolpuru. No to jadę. W Ilam Bazar, które jest niczym więcej niż rondem praktycznie w środku pola, wsiadam w autobus do Bolpuru. Jednak wszystko się zgadza. W Bolpurze biorę rykszę do Shantiniketanu i jestem na miejscu!

Podróże bez mapy. Są piękne. Rozklekotanymi autobusami. Po dziurawym asfalcie. Po żwirowych dróżkach. Przez lasy i pola ryżowe. Przez zagajniki mangowe. Otoczona ludźmi, którzy przecież byli celem mojej podróży – to przecież oni głosowi w tych wyborach, które przyjechałam zobaczyć. I dopiero kiedy już się dotrze do Kalkuty, do domu, pokonawszy razem 1000 kilometrów, można przyznać, że europejska obsesja cyfr i dat nie ma sensu. Bo moja podróż nie składała się z godzin i dni, ale z tego dziwnego bezczasu, w jakim żyje indyjska prowincja. I jeśli coś pokonałam przez te twa tygodnie to nie te tysiąc kilometrów, ale swój europejski umysł, który podróżuje po mapach, a nie po Drogach. 




P.S. I w takich chwilach jestem wdzięczna Wydziałowi Orientalistycznemu UW, który kiedyś 'zmusił mnie' do nauczenia się tego (kiedyś) egzotycznego języka bengalskiego :)