środa, 29 grudnia 2010

COŚ Noworocznego


Gdy w sierpniu razem z moim nowymi znajomym ze stypendium snuliśmy plany podróży podczas pobytu w Nepalu, oni rozmawiali o Mount Evereście, Tajlandii i Japonii. A ja z dumą stwierdziłam, że zamierzam wybrać się do Bangladeszu. Zapytali wtedy: A po co? A co tam jest? Zdziwiły mnie te pytania. Oburzyły.

Nie ma co się jednak obrażać. Nie każdy musi wiedzieć, gdzie leży Nepal, nie każdy musi wiedzieć, CO TAM JEST. Podobnie jest z Bangladeszem. Ale zawsze byłam przekonana, że wszędzie na świecie COŚ jest. Na tym polega piękno podróżowania.

Kochani, Nowy Rok 2011 powitam w Bangladeszu. Nowy Rok to zresztą pojęcie względne. Bengalczycy obchodzą go 15 kwietnia. Nepalczycy....nie wiadomo. Buddyści 4 lutego. Newarowie 7 listopada itd.

Powrócę z Bangladeszu 17 stycznia. Opowiem Wam wtedy, co tam jest.

Chciałabym Wam złożyć życzenia noworoczne. Rok 2010 był najdziwniejszy w moim życiu. Tyle w nim było łez smutku ile łez szczęścia. Trudno jest mi więc powiedzieć: chciałabym, żeby nadchodzący rok był lepszy niż poprzedni.

W Nepalu nie ma jednego Nowego Roku. A  do tego my będziemy świętować nasz Nowy Rok 5 godzin przed polskim Nowym Rokiem. Nie ma w tym nic dziwnego – utwierdza mnie to jedynie w przekonaniu, że każdego dnia można zaczynać Nowy Rok. Życzę Wam więc... szczęśliwych nowych roków!

czwartek, 23 grudnia 2010

Z pewnej okazji :)

Czas zawiesić bombki na choince

 

Czas przyozdobić pokój łańcuchami



Czas wyjrzeć za okno i podziwiać biel śniegu






Cóż, podobnie jak cztery lata temu, kiedy świętowałam Boże Narodzenie w Kalkucie, także teraz mam uczucie, że to nie bombki, nie choinka, nie śnieg tworzą Święta – tworzymy je my sami :) Tak więc: Wesołych Świąt!

niedziela, 19 grudnia 2010

Czekając na koniec świata


Widzieliście film „Ziemia niczyja” o wojnie na Bałkanach? Na początku jest tam taka scena: linia frontu, żołnierze siedzą w okopach. Dynamika działań wojennych jest jednak tak znikoma, że armie mogą sobie spokojnie czytać gazetę. Czytają więc czytają i nagle jeden z żołnierzy wzdycha: „Ale burdel w tej Rwandzie!”

Potwierdzam: kiedy żyje się w jednym z najbiedniejszych krajów świata, gdzie właśnie skończyła się wojna, ale codziennie jest ryzyko wybuchu rewolucji, z pewną szczególną motywacją czyta się w dziennikach rubrykę „Wiadomości ze świata”. Nepalczycy czytają więc o cholerze na Haiti, o wyborach prezydenckich na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w których ‘wygrało’ dwóch kandydatów, o kryzysie gospodarczym w Irlandii.

Tymczasem w Nepalu dzieją się dziwne rzeczy. Jak pewnie część z Was wie Nepal przez 10 lat pogrążony był w wojnie domowej. Maoistowscy rebelianci zmobilizowali wszystkie najbiedniejsze i najbardziej uciskane grupy społeczne, by zbudować nowy Nepal. W 2006 roku zgodzili się zakończyć swoje powstanie stawiając jeden podstawowy warunek: upadnie jedyna hinduistyczna monarchia na świecie, gdzie król jest wcieleniem boga Wisznu, i powstanie demokratyczna republika Nepalu. I powstała. A legendarny przywódca maoistów Prachanda został jej pierwszym premierem. Od tamtej pory Nepalczycy jakoś nie potrafią sobie z tą wolnością poradzić. Prachanda odszedł ze stanowiska premiera. A lata mijają.

Po prawie 4 miesiącach mojego pobytu tutaj sytuacja polityczna wygląda następująco:
-          Nepal wciąż nie ma premiera, bo po 5 miesiącach i kilkunastu próbach dokonania wyboru parlamentarzyści już sobie darowali, a urzędujący premier tymczasowy dalej się cieszy swoją niekończącą się tymczasowością.
-          Parlamentarzyści od 2 lat piszą nową konstytucję, ale nie wyszli jeszcze poza preambułę, ponieważ największa partia NIEkomunistyczna uważa, że we wstępie nie można użyć wyrażeń wojna ludowa ani rewolucja (jak chcą maoiści), bo zgodnie z doktryną komunistyczną wydarzenia w Nepalu nie miały takiego charakteru...czyli wciąż spieramy się, kto więcej wie o komunizmie.
-          Politycy kłócą się, jak ma wyglądać nowa flaga Nepalu, bo to przecież bardzo ważna sprawa! Na razie udało im się jedynie ustalić, że jej nietypowy kształt zostanie zachowany.
-          Wciąż istnieją dwie armie: oficjalna i tzw. armia wyzwoleńcza, czyli ta która walczyła z państwem podczas powstania maoistowskiego. Co z tym zrobić? Pomysłów brak, a rebelianci wciąż czekają w obozach gotowi na rozpoczęcie kolejnego powstania.
-          15 stycznia kończy swoje urzędowanie w Nepalu misja stabilizacyjna ONZ i nikt nie wie, co będzie potem.

Z pozoru wygląda to jak siedzenie na bombie z wygrawerowanym sierpem i młotem, ale póki jest się tu, jakoś to wygląda dziwnie spokojnie. A może po prostu Nepalczycy przyzwyczaili się już do tego, że żyją w okopach. Popijają sobie ćaj w sklepikach na rogu, czytają „Wiadomości ze świata” w gazecie i kupują chińskie dresy adidas z ulicznych stoisk, bo idzie zima i trzeba się przygotować – to ostatecznie jedyna rzecz pewna.

czwartek, 16 grudnia 2010

Międzynarodowy Dzień Gór


Przepraszam, że zamęczam Was, drodzy Czytelnicy mojego bloga, takimi ekologicznymi tematami, ale 11 grudnia obchodziliśmy (tak, tak, Wy też) Międzynarodowy Dzień Gór.

Tego dnia, jak każdego innego, słuchałam rano radia BBC i informacja o Dniu Gór pojawiła się w serwisie informacyjnym. BBC nadało krótką rozmowę ze szwajcarskim ‘ekspertem’, który powiedział: Jak globalne ocieplenie dalej będzie postępować tak szybko, to za kilkadziesiąt lat nie będziemy mieli gdzie się wspinać czy jeździć na nartach. Ale ci Europejczycy to idioci! – pomyślałam, dzieląc zapewne moje uczucie oburzenia z innymi słuchaczami z Nepalu, a pewnie także kilku innych krajów świata. Krajów dzikich i potężnych Gór.

Góry to coś więcej niż szczyty do zdobycia. Więcej też na pewno niż na jazda na nartach, nawet jeśli bardzo uwielbiamy to robić. Z każdym rokiem temperatura w Nepalu podnosi się o 0,6 stopnia. Kiedy narzekamy na letnie upały w Warszawie nie myślimy: O, właśnie wymarł kolejny język. Właśnie wyginą kolejny gatunek ptaków. Właśnie przez to w Katmandu nie ma prądu, bo w elektrowniach wodnych jest coraz mniej wody – jest jej po prostu mniej w wypływających z Himalajów rzekach.

Aby podkreślić doniosłość Dnia Gór w Katmandu organizowany jest co roku w połowie grudnia Międzynarodowy Festiwal Filmów Górskich. Z pokazywanych na nim filmów dokumentalnych i nie tylko możemy się dowiedzieć na przykład, co ma wspólnego globalne ocieplenie z wymieraniem języków. A odpowiedź jest dość prosta, chociaż tak trudno jest nam dostrzec tę zależność. Wyższa temperatura oznacza mniej roślinności w wysokich partiach gór; mniej roślinności oznacza, że zwierzęta np. kozy nie mają co jeść; jeśli kozy nie mają co jeść, to ludzie je pasący muszą zmienić zawód, którym trudnili się od wieków; zmiana zawodu wśród nomadycznych plemion górskich oznacza przeniesie się z gór do dolin czyli w praktyce do miast; tak właśnie umiera kolejna kultura i kolejny język.

Przede wszystkim jednak umierają góry.

Można oczywiście od razu zaprzeczyć: bez przesady, wymarcie jednego plemienia składającego się z kilkudziesięciu osób, wymarcie kolejnego języka to jeszcze nie tragedia. Na pewno nie taka, która skłoniłaby Europejczyka do bardziej ekologicznego życia. Z resztą co to ma dla nas za znaczenie – i tak wszyscy w przyszłości będą mówić po angielsku.

Ale wymierające języki to tylko bardzo realny i widoczny znak wielkiej zmiany. Ludzie żyjący blisko natury, bezpośrednio od niej zależni, jak Nepalczycy, widzą to na własne oczy, doświadczają tego na własnej skórze. Kiedy się jest daleko stąd, daleko od krajów Gór, można się łudzić, że wszystko będzie dobrze. Reszta swiata przypomni sobie o nich, kiedy będzie umierać z pragnienia. W końcu większość wody pitnej na Ziemi wypływa ze szczytów pokrytych wiecznym śniegiem. Może śmierć jednego języka naprawdę oznacza powolną śmierć nas wszystkich. Cóż, może więc powinniśmy wspólnie obchodzić zapomniany przez świat Międzynarodowy Dzień Gór. 

piątek, 10 grudnia 2010

Józef K. pochodził z Bangladeszu

Ciemność. Słychać tylko delikatny dźwięk bambusowego fletu. Prosta melodia, tak prosta jak zagrana przez pasterza na zielonych równinach Bangladeszu. I widzimy go nagle, w tej ciemności....albo tylko w naszej wyobraźni.

Zaraz jednak ciemność rozświetla promień światła i widzimy prawdziwego człowieka. Jednego. Dwóch. W czerni. Nie, nie będzie to opowieść o zielonych polach ryżowych. Będzie to opowieść o nas samych. O człowieku, który boi się rzeczywistości. Który jest sam, ale jednocześnie nie całkiem sam. Są jeszcze jego myśli; poważne, trywialne, paraliżujące. Które przychodzą do niego znienacka, w tej jednej strasznej chwili między snem a jawą, między marzeniami a codziennością, kiedy musimy wstać z łóżka i powrócić do rutyny dnia powszedniego.

Jesteśmy w teatrze w Nepalu.
Oglądamy grupę z Bangladeszu.
W adaptacji opowiadania Franza Kafki.

Sztuka wystawiana jest po bengalsku. Tak, jak się łatwo domyślić, jestem jedną z kilku może osób na sali, która rozumie słowa wypowiadane przez aktora. Nie przeszkadza to jednak nikomu. Każdy z nas zna przecież to uczucie ciemności, kiedy wiemy, że zaraz słońce rozświetli świat i będziemy musieli zacząć kolejny dzień. Każdy rozumie tę prostą, kojącą melodię fletu, która nie przynależy do żadnego kraju, ale dochodzi do nas z dalekiej krainy snów.

Przez tą krótką godzinę wcale nie jesteśmy w Nepalu.
Nie w dalekiej ojczyźnie Franza Kafki także.
Nie w słonecznym Bangladeszu.
Nie w chłodnej sali w Katmandu.

Jesteśmy w Teatrze.


Właśnie dobiegł końca Międzynarodowy Festiwal Teatralny, Katmandu 2010. Czas powrócić do przeraźliwie zwyczajnej codzienności.

czwartek, 2 grudnia 2010

Zimny prysznic, czyli jak zostać eko-ascetą

Jestem eko-ascetą.

Brzmi nieźle, prawda? Prawie, jak przyznać, że jest się eko-terrorystą ;) Z resztą obie te postawy są bardzo podobne, zmienia się jedynie odbiorca działań. Terrorysta zmusza innych do określonego zachowania. Asceta zmusza do niego samego siebie.

Ale od początku. Eko-ascetyzm to pojęcie, o którym usłyszałam niedawno w związku ze zbliżającą się kolejną konferencją dotyczącą zmian klimatu. Eko-asceta, jak łatwo się domyślić, to człowiek, który celo odmawia sobie wielu tzw. zdobyczy cywilizacyjnych, które są w rzeczywistości zbędnym luksusem, żeby chronić środowisko naturalne czy też żyć w zgodzie z naturą.

Audycji o eko-ascezie słuchałam jadąc autobusem w niedzielę o 7 rano. Odkąd zaczęła się zima, 7 rano jest uznawana za wczesny ranek i całe miasto, żeby nie powiedzieć cały kraj, przestawiło się na czas zimowy, tzn. żyje innym rytmem i nawet rozkład jazdy autobusów uległ zmianie. Ale o 7. już autobusy jeżdżą. Jadę więc. Zimno, para leci z ust, wszyscy owinięci w koce. I ja też siedzę sobie pod moim ogromnym szalem z wełny z jaka. Nawet nagłośnienie chyba padło, bo nie ma ożywczej bollywoodzkiej muzyki, więc słucham radia na komórce i...doznaję oświecenia! Tak, nie jestem jakimś tam marznącym biedakiem z szalikiem na głowie żyjącym w Trzecim Świecie. Jestem eko-ascetą! Dumnie to brzmi :)

Na czym polega asceza moja i tysięcy innych mieszkańców Katmandu?

Na początek największy powód do dumy: najpopularniejszym sposobem ogrzewania wody w Nepalu jest energia słoneczna. Na każdym domu, a nawet na prawie każdej chałupie, jest bateria słoneczna, która połączona jest z wielkim baniakiem wody na dachu. Oznacza to oczywiście, że woda prawie nigdy nie jest ciepła.... albo należy zrewidować europejskie rozumienie słowa ‘ciepła’. Letnia to już błogosławieństwo natury. A przy okazji domyślacie się jak bardzo oszczędza się przez to wodę, bo co to za przyjemność obcować z zimną cieczą dłużej niż 2-3 minuty. Mycie głowy, gdy w łazience jest ok. 15 stopni, a woda jest lodowata to największe wyzwanie. Ale cóż, jak nie ma słońca i to trzeba zaakceptować. No właśnie – w domach nie ma ogrzewania, więc jak w nocy jest 5 stopni, w pokoju jest ok. 10-15....Z owej audycji dowiedziałam się na przykład, że większość ludzi w krajach rozwiniętych jest przegrzana, tzn. ich organizm utracił odporność na zmiany temperatury, co kiedyś było naturalne. Kiedyś też w domach było ok. 15-18. stopni, a nie 25. jak teraz. Czyli do wszystkiego można się przyzwyczaić. A do zimna tym bardziej.

Jednak eko-ascetą czuję się najpełniej, kiedy odcinają prąd na 3 godziny rano i 3-4 wieczorem. Nie zaczynamy więc dnia o włączenia komputera czy telewizora. No i te romantyczne wieczorki przy świecach. Czytać można przez godzinę, nie więcej, pozostają długie rozmowy o życiu albo....słuchanie radia na komórce (bardzo nieekologiczne). Skąd te przerwy w dostawie prądu? Większość energii w Nepalu produkują elektrownie wodne. Gdy w zimie jest słabsza cyrkulacja wody w rzekach, jest też mniej energii. Proste, prawda? Trudniej się nauczyć z tym żyć.

Mogę wyliczać dalej. Przykładów takiej ascezy tutaj starczyłoby na rozprawę naukową.

Wiem, wiem, mój eko-ascetyzm jest dość wymuszony. Po prostu w takim kraju żyję. Ale nie narzekam. Nie planuję też przeprowadzki do super drogiego hotelu, żeby mieć bieżącą ciepłą wodę. Mam ambicję przeżyć tę zimę i to przeżyć ją spokojnie, jak każdy mieszkaniec Katmandu.

Coś, o czym często myślę zanim włożę głowę pod strumień zimnej wody, to o dalekiej Europie. Kiedy już naprawdę na świecie zabraknie surowców naturalnych, jak sobie poradzą mieszkańcy bogatego świata? Będą narzekać w nieskończoność jak moi znajomi? Umrą z zimna? Wpadną w depresję? Wieczorami będą kłócić się przy świecach? Trochę ascezy by się Europejczykom przydało. Taki zimny prysznic. Jeśli nie dla dobra planety, powinni to zrobić dla siebie samych.

piątek, 26 listopada 2010

Kto będzie mistrzem ?!? Dowiemy się już dziś...


Są takie chwile, kiedy Azja zapomina, że gdzieś daleko na jej zachodnim krańcu leży ten mały półwysep zwany Europą, a trochę dalej za morzem straszy Wujek Sam. W Chinach trwają właśnie Asian Games, czyli Azjatycka Olimpiada. Może bym nawet o tym nie wspominała, ale w finale kluczowej dla kontynentu dyscypliny, krykieta, spotkają się...Afganistan i Bangladesz!
Nie wiem czy kiedykolwiek, na jakiejkolwiek imprezie sportowej, transmitowanej przez wszechobecną podobno telewizję, udało Wam się wypatrzyć reprezentantów wyżej wymienionych krajów? Nie? Ignorancja Wasza i całej reszty świata wcale ich nie deprymuje!

Co martwi, a co pomaga obu drużynom? Jak mówił wczoraj radiu BBC trener Afganistanu, najtrudniejsze jest to, że....walczą ze sobą dwa muzułmańskie kraje, więc strategia musi być szczególna. Ale trener zna złotą formułę, która zaprowadziła Afganistan tak daleko: na każdym etapie meczu motywuje zawodników podsyłając im skrupulatnie wybrane cytaty z Koranu....

Tak, jesteśmy w Azji. Czasem jestem z nich dumna, z Azjatów. Jak spotykam tu Japończyków, którzy lepiej mówią po nepalsku niż po angielsku. Jak w całej gazecie jedyny news z dalekiego świata, jest o tym że Berlusconi ma nową kochanke. Bo skoro my się nimi nie interesujemy, to dlaczego oni mają interesować się nami!

I w zasadzie umieszczam ten wpis na blogu zanim jeszcze wszystko się wyjaśni. Zanim poznamy wielkiego zwycięzcę. Zanim stacje telewizyjne w Nepalu zdążą pokazać wiwatujący tłum na ulicach Kandaharu lub Dhaki. Wejdźcie dziś na stronę BBC i sprawdźcie sami, kto jest mistrzem. Bangladesz czy Afganistan? Ja mam oczywiście swojego faworyta, w końcu mieszkam w Azji :)


wtorek, 23 listopada 2010

Przeznaczenie


To jest Ci pisane.
Przeznaczenie zdecyduje.
Nie można uciec przed przeznaczeniem.
Jeśli to przeznaczenie, to spotkamy się ponownie.

Tak, to ono tu rządzi.
Destiny. Przeznaczenie. Wypisane podobno na czole.

Pomaga żyć. Daje nadzieję. Uczy, że wszystko jest dobre.

Bo skoro nie dobiegłam do autobusu, to na pewno dlatego, że w kolejnym spotkam miłość swojego życia albo chociaż będę mieć miejsce siedzące.
Bo skoro nie dostałam pracy, to dlatego, że przekreśliłaby ona moje szanse na lepszą.
Bo skoro zakochałam się bez wzajemności, to pewnie dlatego, że ktoś inny jest moim przeznaczeniem. Albo będziemy razem w następnym życiu.

Poziom wiary w przeznaczenie nie zależy tu od wykształcenia, dochodów, od religii czy pochodzenia. Zresztą nie powinnam nazywać tego wiarą. Istnienie przeznaczenia to fakt obiektywny, uważa większość mieszkańców tej części świata, i nasza wiara czy niewiara nic nie zmienia. A na pewno nie zmienia przeznaczenia.

Nie staram się więc już nikogo tu przekonywać, że Europejczycy mają rację mówiąc, że każdy jest kowalem swojego losu. Że wiara w przeznaczenie to pójście na łatwiznę, zwalenie wszystkiego na siłę wyższą. Chyba sama już w to nie wierzę.

Czasem jadę autobusem i patrzę na ten niesamowity tłum, skumulowany przypadkowo na małym skrawku przestrzeni. Patrzę na wszechogarniający chaos ulicy. Dziesiątki autobusów spada tu rocznie w przepaść. Na ulicach giną setki ludzi. Tysiące umiera od brudnej wody.

Ale jest to chaos pozorny, który przeraża nas, Europejczyków, którzy chcą mieć los w swoich rękach, zawsze o sobie decydować, stąpać mocno po ziemi, wszystko sobie zawdzięczać. Przeraża nas myśl, że coś/ktoś mógłby zdecydować za nas. Jakby ta niezależność dawała nam coś zupełnie pewnego.

Tu nic nie jest pewne. Nepalczycy to wied. Nie wstydzą się więc łez, porażek, niespełnionych miłości. Nie wstydzą się, że zawdzięczają coś rodzinie, szczęściu, przeznaczeniu. Nie ma w tym nic dramatycznego, a jedynie niewzruszona pewność, że żyjemy w najlepszym ze światów. 

Jesli nie stac cie na profesjonalnego astrologa, pozostaje ci horoskop z gazety - lektura obowiazkowa :)

czwartek, 18 listopada 2010

Krótka opowieść o pewnym słówku


Ćha, czyli po nepalsku „jest”.

Najczęściej używane słowo w każdym języku. Najpopularniejsza sylaba w Nepalu.

Ćha.

Opowieść o słówku ćha to opowieść o zapuszczaniu korzeni.

Kiedy jedzie się autobusem w Katmandu,  Pan „Kondaktar”(nazywany tez managerem autobusu;) zawsze między przystankami mówi: „Zbliża się przystanek X. Czy jest ktoś wysiadający?”, by upewnić się, czy jest sens się zatrzymywać. Wtedy właśnie z tłumu podróżnych pada zwykle ta magiczna odpowiedź: „Ćha” (Jest).

Zapewniam Was, sylaba ćha może być magiczna. Kiedy ją wypowiadam zostaję zalana deszczem spojrzeń i uśmiechów. Wszyscy patrzą z radością. Ten krótki dźwięk wystarczy - wiedzą, że jestem stąd.

środa, 10 listopada 2010

Wreszcie pierwsi goscie!!!

To długie milczenie oznacza oczywiście dłuuuugie wakacje! Przyjechała moja mama z koleżanką drogą Warszawa-Moskwa-Delhi-Kathmandu. Wypełniając dokumenty wizowo-immigracyjne napotkały one pewien problem językowy: co należy wpisać w rubryce „occupation”? Słusznie wyciągnęły podręczny słownik jęz. angielskiego, który jako pierwsze znaczenie podaje „zajęcie”. Bez żadnych wątpliwości zignorowały więc drugie znaczenie (zawód) i napisały Occupation: Tourist („Zawód: Turysta”). I tak zostały zawodowymi turystkami. Nie myślcie, że to takie proste. Bycie turystą w Nepalu to bardzo ryzykowne zajęcie. Tak też było! Przez 2 tygodnie wycieczka:

Tropiła tygrysa na pieszej wycieczce przez Park Narodowy Chitwan: po zobaczeniu pierwszego śladu zestresowani uczestnicy doszli do wniosku, że wolą oglądać ptaki, ale dzielnie przetrwali spotkanie oko w oko z nosorożcem!

Jeździła przez puszczę na słoniu, który może unieść 4 osoby, ale też poda okulary jeśli komuś spadną :)

Płynęła canoe po rzece pełnej krokodyli i zamiast dzikiej przyrody podziwiała pana przewodnika, który bez cienia strachu zaangażowany był w wypatrywanie ptaków.

Opanowała technikę wsiadania w biegu do autobusu: jechała razem z 70 innymi osobami oraz kurami i kozłami autobusem lokalnym w Katmandu niańcząc dzieci i kołysząc się w rytm bollywoodzkich hitów.

Świętowała Diwali oraz newarski Nowy Rok 1131, a co! czemu nie 7 listopada?

No i przede wszystkim ciągle się śmiała! Zapraszam więc kolejnych gości! Nie bójcie się tygrysów :) Nie musicie być od razu „zawodowymi” turystami, żeby do mnie przyjechać :)




piątek, 29 października 2010

A tak naprawde ;)

Oczywiście nie sposób by było przeżyć tego treku bez śmiechu. Śmiech towarzyszył nam permanentnie. Tak łatwiej się szło.

Według teorii że czym wyżej, tym lepiej się myśli zamieszczam więc na początek kilka naszych złotych myśli:

Dzień pierwszy: „Lepiej się idzie w dół niż pod górę.”
Dzień drugi: „Lepiej się idzie w górę niż w dół.”
Dzień trzeci: „Najlepiej się chodzi po płaskim.”
Dzień czwarty: Przewodnik zachwala, że w parku Narodowym Langtang żyje wiele gatunków dzikich zwierząt. Zdanie dnia: „Po 8 godzinach marszu to nawet anakondę można zobaczyć”.
Dzień piąty: wieczorem po zjedzeniu zupy czosnkowej (z całej główki czosnku) „Porozmawiałabym z kimś, ale boję się otworzyć usta”.
Dzień szósty: wg. przewodnika trasę pokonuje się w 6 godzin. Po 10 godzinnym ‘sprincie’ dochodzimy do końca i marzymy, żeby wysłać list do autora przewodnika z dobrą radą, która składałaby się z dwóch słów....
Dzień siódmy: „Teraz wreszcie czuję, że śmierdzę.” Po 4 dniach bez prysznica ;)


A oprócz tego:
Nie zapłaciłyśmy za wejście do Parku Narodowego (a drogie to strasznie), bo tak bajerowałyśmy Pana Strażnika naszym nepalskim. Wtedy stwierdziłyśmy ostatecznie, że wszystko da się tu załatwić na blondynkę.

Walczyłyśmy z rozpadającymi się butami – głównie Ada, która miała buty kupione w Nepalu. Ale liczy się inwencja twórcza: klejenie butów super glue albo wiązanie różowych kokardek (patrz zdjęcie)

Brałam „prysznic” na wysokości 3600m. : wrzątek w wiadrze wystygł tak szybko, że spłukiwałam się zimną wodą, a tak parowałam, że w „kabinie prysznicowej” nie było nic widac!

Dobre rady, których nie można znaleźć w przewodnikach: jedz zupę czosnkową, ale najlepiej wspólnie z osobą, z którą śpisz w pokoju; nie bierz więcej niż 2 par majtek na trek, bo i tak jest za zimno, żeby chociaż zdjąć spodnie; noś skarpetki do sandałów – wszyscy tak robią.

A oto fotograficzna kronika naszych szaleństw:
Sniadanie o 5:45.. Szczesliwa Wero i jej pyszna owsianka

Mycie zebow zamarznieta pasta....


Spotkanie z Yeti...

Tam toczy sie normalne zycie!
Ostatnia prosta

Nasz "Mountain Express" pokonal 100 km w...8godzin :)

wtorek, 26 października 2010

W niebie

Tydzień temu wyruszyłam w pielgrzymkę. Moją pierwszą hinduską. Tak przynajmniej poważnie potraktowała to moja pani domu, gdy powiedziałam jej, że idziemy na trek do Gosainkund. Dla niej to święte jezioro stworzone rzutem trójzęba przez boga Śiwę. Dla nas jedna z mniej popularnych, ale pełna wspaniałych widoków trasa w Himalajach. Tygodniowa. Na dobry początek.

Bałyśmy się strasznie. Że złamiemy nogę i będzie nas musiał zabrać helikopter. Że będziemy mieć chorobę wysokościową. Że ktoś nas zaatakuje, bo w końcu idziemy same, dwie dziewczyny. Że się zgubimy, bo nie wzięłyśmy przewodnika.

Przestałam się bać, kiedy rytualnie dokonałam kąpieli z słynnym jeziorze, 5. dnia wędrówki.

Tego dnia chodziłam po powierzchni księżyca. Dotknęłam nieba. Poruszałam się w próżni. Tak się czuje człowiek, który wchodzi na 4600m. Już nie czuje bólu nóg, ciężaru plecaka. Strachu i stresu. Dotyka nieba. Biega po śniegu. Spala się w słońcu. Oddycha powietrzem tak czystym, że aż kręci się w głowie. I nie patrzy w dół. Patrzy w niebo.

Kiedy stawia się już stopę na powierzchni księżyca jest się samemu, w tej wszechogarniającej niesamowitości. Ale jednocześnie tam właśnie na górze czułam najpełniej, jak wielu ludziom zawdzięczam to, że tam jestem. Od samego początku wędrówki przyciągałyśmy dobrych ludzi. Uśmiechem i kilkoma zdaniami po nepalsku. Strategia przeżycia w górach. Kilka ekstremalnych dni, prawie całą trasę z tą samą grupką ludzi. Najpierw trafiłyśmy na samego boga Śiwę, czyli na przewodnika o tym właśnie imieniu, który prowadził inną grupę i z radością wziął nas z opiekę, zupełnie się nie narzucając, po prostu taka kilkudniowa przyjaźń. Za te nepalskie rozmówki kochali nas tragarze. To oni dawali nam tysiące dobrych rad, jak przetrwać, jakby z nieokreślonego powodu zależało im na naszym właśnie losie. Po 3 dniach jednak nasze drogi się rozeszły i musiałyśmy szukać innych przyjaciół. Okazało się wtedy, że ową śnieżną przełęcz na 4600m. będziemy przekraczać z samotnym 60-letnim Szwajcarem i trójką Niemców, wielkich, silnych facetów w wieku 30-40. Tak, to oni będą nas ratować, kiedy będziemy umierać – zdecydowałyśmy szybko. Była to 3dniowa wielka miłość. Dość specyficzna. Niemiecko-polska. Daleko w wiecznych śniegach Himalajów. My udawałyśmy, że wcale nie liczymy na ów ratunek, a oni, że wcale nie interesują się naszym losem. Ale miło się nam wspólnie śmiało do łez nie wiadomo z czego, a to się często zdarza po całym wyczerpującym dniu. I kiedy my pokonywałyśmy przełęcz w 6 godzin, a oni w 3, gdy spotkaliśmy się w schronisku powiedzieli nam: Well done! Dobra robota! Nie ma większego komplementu w ustach Niemca, który pokonuje szlak jak maszyna. Pewnie cieszyli się z tego, że jednak nie musieli nas ratować.

I kiedy już całkiem wyczerpane wchodziłyśmy po zmroku na miasteczka Dunche, końca naszej wędrówki, przez ostatnią godzinę szedł z nami starszy mężczyzna. Taki śmieszny, mały człowieczek, którego bawił widok dwóch umierających ze zmęczenia białych dziewczyn. Czułyśmy, że to jest właśnie koniec. Do końca ktoś przy nas był.

7 dni wystarczy by stwierdzić, że to jednak była pielgrzymka. Można to nazywać przeznaczeniem, szczęściem, przypadkiem. Żyjemy. To wystarczy, by uwierzyć, że nic nie osiągamy sami. Że zawsze jest jeszcze kto czuwa, patrzy i czeka, żeby pomóc. Oczywiście nie jest to takie proste. Na tych Aniołów Stróżów trzeba sobie zapracować. Szerokim uśmiechem. Dziś siedzę w ciepłym Katmandu i cieszę się, że byli, że są. Że przeżyłyśmy. Że pomogli nam dotknąć nieba.




czwartek, 14 października 2010

Latawce


Mojemu bratu Nepal kojarzy się z....latawcami! i to wcale nie jest żart, a i skojarzenie słuszne. W czasie święta Doshain jednym ze stałych elementów krajobrazu stają się latawce, puszczane na cześć Indry, boga deszczu. Doshain oznacza koniec pory deszczowej. Czekałam więc na ten dzień, kiedy całe niebo zostanie pokryte tysiącem latających maszyn...No i wreszcie dnia piątego rzeczywiście było ich dużo. Chwyciłam aparat i wybiegłam na taras żądna wrażeń. Pstrykam zdjęcia, ale jakoś słabo to wychodzi. Okazało się że doshainowe latawce nie mają w sobie nic szczególnego, po prostu posklejane kawałki papieru i drewna....

Nie dziwne – puszczenie latawców nie jest atrakcją estetyczną. Indra jest panem deszczu, ale i bogiem wojny. To nie latawce są więc ważne tego dnia, ale wojownicy, którzy toczą walką o niebo nad Katmandu. Dobry latawiec to taki, który ma żyłkę dostatecznie ostrą, by niszczyć przeciwników!

Chłopiec z latawcem. Dziewczynka z latawcem. Wojna trwa!




niedziela, 10 października 2010

Dosain

Ta dziwna nazwa to nic innego jak hinduska/nepalska Gwiazdka. Właśnie zaczęliśmy świętowanie, które potrwa....jak zawsze długo, długo, czyli całe 10 dni!


Zgodnie z charakterem mojej profesji postanowiłam, że nie wyjadę na święta w góry tylko spędzę je w Katmandu, żeby obejrzeć swoim naukowym okiem całe obchody, rytuały, zwyczaje, tradycje...część polskiej wycieczki uznała to za swego rodzaju dziwactwo, ale cóż, indologiczny obowiązek!
Tak więc na dobry początek się rozchorowałam i przeszły mi koło nosa kurczaki curry i inne atrakcje dnia pierwszego :( a termometr wskazywał 100 stopni...Farenheita oczywiście ;)
Ale dnia drugiego....zaczęłam dzień od tradycyjnej herbatki mlekiem i cukrem:) nic tak nie krzepi, pod tym względem jestem prawdziwym Nepalczykiem. Przy herbatce okazało się, że dzieci już rozpakowały prezenty, czyli tutaj obowiązkowo ubrania, więc był pokaz mody! Wiadomo, prezenty ważniejsze niż jakieś tam modły w świątyni.....



Następnie pojechałyśmy z Agatą i Adą zobaczyć, co się dzieje w centrum. W końcu święto! Więc jedziemy zobaczyć coś równie egzotycznego jak dla Nepalczyka Święty Mikołaj. No i szukamy Mikołaja, szukamy....a tu nic! Porażka! Co Ci ludzie robią w te święta....Łazimy znudzone i bez celu po mieście. Szukamy wrażeń. Nawet zerkamy do świątynek, a tu dzień jak co dzień. Jak zawsze tłum na ulicach. Może tylko kobiety trochę lepiej ubrane.
Poszłyśmy więc na colę i wymyśliłyśmy kino...mało świąteczne, ale co tam. Na Święta są zawsze najlepsze premiery! Ale jedyne kino jakie znalazłyśmy wyglądało tak.....



Nagle jednak przed naszymi oczami stanął ten obraz.....


Tak, Moi Drodzy....Aż strach się przyznać, że tak właśnie zaczęłam najważniejsze święta nepalskie...Na diabelskim młynie....Gdzie ta doniosłość, piękno tradycji!? Gdzie te wielowiekowe rytuały?!
Wierna zasadzie rzetelności naukowej, która przyświeca mi od początku mojej indologicznej przygody, przyznaję się dziś do tego otwarcie: zaczęłam te święta tak jak przeciętny mieszkaniec Katmandu. Na festynie.





P.S. I na marginesie przyznaję, że nic tak nie leczy problemów żołądkowych jak pół godziny na nepalskiej karuzeli ;)